RSS
 

Leaving the end open.

23 gru

Kończy się grudzień… a ja tak na dobrą sprawę nawet nie
jestem w stanie powiedzieć, jak właściwie ten miesiąc mi minął, poza tym, że
całkiem niedawno znalazłam dorywczą pracę, i w związku z tym musiałam
diametralnie zmienić swoje plany sylwestrowe. Szczęściem, w tym roku i tak je
miałam w bardzo oględnych zarysach (bowiem wszelkie możliwe ekipy, z którymi
można by ten wieczór
spędzić, porozpadały się na atomy), więc po ujrzeniu grafiku nie było aż tak
wielkiego jęku zawodu. Chociaż z drugiej strony, póki co miałam tylko szkolenie
- i już po tym szkoleniu jestem śmiertelnie przerażona i przekonana, że sobie
nie poradzę, a dożycie do końca okresu próbnego będzie wyczynem. Patrząc na mój
nastrój z ostatniego półrocza – nihil
novi
, to raz; dwa – nie wiem, na ile jestem w tych odczuciach obiektywna.
Całkiem możliwe, że w ogóle.

Kończy się grudzień, kończy się rok. Jaki był? Cóż… poza
kilkoma dobrymi i optymistycznymi – jak nie od razu, to przynajmniej w
ostatecznym rozrachunku – wydarzeniami (żeby wymienić chociażby
kwietniowo-czerwcowe wycieczki), był 
zdecydowanie zły. Sytuacja w domu przypominała stepowanie na wulkanie,
który kilka razy raczył wybuchnąć. Zawaliłam studia, i jestem z tego powodu na
siebie bardzo wściekła. Dalej. I pewnie długo jeszcze będę. To chyba ma coś
wspólnego z przekonaniem, że noga może się powinąć każdemu – ale nie mnie. A
tym razem nie tylko noga mi się powinęła, ale wywinęłam królewskiego orła, z
całą rozpiętością skrzydeł i haczykowatym dziobem. Ponadto wszelkie ambitne
plany wykopania się z tego dołka spaliły na panewce, bowiem energii starczyło
mi tylko na ich zrobienie. Na trzymanie się – w najmniejszym stopniu. Na chwilę
obecną jestem do tego stopnia wyprana, że gdyby ktoś zapytał, czego sobie
życzę, to poprosiłabym, żeby mnie albo dobił już na miejscu, albo
zagwarantował, że Majowie nie rąbnęli się w dacie przewidywanego końca świata…

No. Nastrój 99 jaki jest, każdy widzi, a w związku z tym, że
raczej nie widzę w najbliższym czasie szans na poprawę sytuacji na froncie i
powrót do radosnego pierniczenia, chyba przyszedł czas, żeby się z Wami, drodzy
Czytelnicy, pożegnać. Trochę może z ciężkim sercem, bo „dimes to the jukebox” wrzucam już czwarty rok (nie licząc oczywista
poprzednich wcieleń), ale chyba nie ma specjalnie sensu odzywać się raz w
miesiącu, żeby napisać tylko w oględnych słowach, że jest źle (bo i po co całą
dramę i wszystkie brudy prać publicznie?). Nie zamierzam niczego hasłować czy
tym bardziej kasować, w końcu trochę fajnych wspomnień w tym kawałku sieci
jest, ale wydaje mi się, że ciąg dalszy jednak nie nastąpi.

A, no i tego, na sam koniec – Święta. Spędźcie je, Kochani,
tak jak chcecie, niech będą spokojne i pozbawione kłótni. A Nowy Rok 2012 niech
przynajmniej nie będzie gorszy od tego, który za niedługo będziemy mniej lub
bardziej hucznie żegnać.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

No use in sitting and thinking on what you did…

30 lis

Tak oto jedenasty miesiąc (jedenastego) roku, powoli, acz
sukcesywnie zawija nam rogala. Od jakiegoś czasu jest to miesiąc przepełniony
dramą, opcjonalnie dołem głębokości Rowu Mariańskiego, toteż jego tegoroczna
rozlazłość była na swój sposób miłą odmianą. Stwierdziłam, że powyżej uszu mam
zapieprzania jak mały traktor na uczelni, zdecydowałam się na nadrobienie
zaległości filmowych (biorąc pod uwagę moje zapuszczenie w tym temacie, ów
proces będzie prawdziwą neverending story),
odkryłam kolejny mało znany acz dobry zespół pochodzący z dziwnego kraju
(bośniackie Divlje Jagode) i po kilkumiesięcznym zbieraniu się przekłułam
wreszcie uszy (co niepomiernie ucieszyło jedną ze spotkanych przypadkowo
koleżanek – stwierdziła, że teraz dużo prościej będzie znaleźć dla mnie fajny
prezent xD). Biorąc pod uwagę fakt, że w sumie to ostatnie wydarzenie
pretendowało do miana highlightu notki – wyobraźcie sobie, jak musiało być nieinteresująco…
xD

Szczęśliwym jednakowoż zbiegiem okoliczności na ostatni
listopadowy poniedziałek zaplanowano w katowickim Spodku Hard Rock Heroes
Festival, składający się z czterech kapel, których nazwy mówiły mi niewiele,
żeby nie powiedzieć, nic, TSA i Whitesnake. Nie, nie wybierałam się na tenże,
gdyż nawet jak przed oczyma stanęła mi możliwość wygrania nań biletów za
zgrabną odpowiedź na pytanie „która z płyt Whitesnake jest Twoją ulubioną?”, po
przesłuchaniu wszystkich przeze mnie posiadanych stwierdziłam, że żadna, bo
chłopaki na płycie mają po góra dwie dobre piosenki, a odpowiedź „Greatest
hits” chyba nie wchodzi w grę. Tak, wiem, bluźnię :P Poza tym, obejrzawszy
setlisty, stwierdziłam, że dla dwóch lubianych przeze mnie kawałków w secie nie
ma co główkować nad odpowiedzią, potem znosić cztery zespoły będące wielką
niewiadomą i piąty, który szanuję, ale nie jestem pewna, czy do końca
bezboleśnie znoszę. xD Pewnie za chwilę zapytacie, czemuż w takim razie ten
festiwal był takim szczęśliwym zbiegiem okoliczności, skoro muzycznie obchodził
mnie średnio – ano temu, że swoją wizytę nań zapowiedziały reprezentantki
Dalekiej Północy, określanej na mapach Polski jako Bydgoszcz, w osobach Twisted
i nieodłącznej jej towarzyszki Marty. A że zdążyłam się już tak jakby stęsknić
od sierpnia, to jasnym było,  ze widzimy
się przynajmniej na to symboliczne piwo.

Owo symboliczne piwo zostało rozczłonkowane i wydłużone,
bowiem okazało się, że dziewczynom plany powywracały się na osiemnastą jakąś
stronę i ostatecznie lądują one w Kato już w niedzielę. Wylądowałam tamże i ja,
po części przez własną ciapowatość, która pogoniła mnie na uczelnię, ale
stwierdziłam, że skoro już ściągnęłam do stolicy województwa, to przy okazji
zgarnę dziewoje z placu budowy zwanego dworcem PKP i zaprowadzę za rączkę do
hostelu. Terror Twins (xD) przystały na taką opcję, i wkrótce zarzuciłyśmy
powitalne misie. (Nawiasem mówiąc, byłam święcie przekonana, że dziewczyny
pisząc o „ekspresie” mają na myśli nasze hiperlansiarskie pociągi Kolei
Śląskich i byłam szczerze zaniepokojona, kiedy się z tegoż nie wysypały. O.o Że
pięć minut później przyjeżdża „prawdziwy” ekspres, bodajże Korfanty,
zorientowałam się dopiero, gdy do przejścia podziemnego wysypali się już jego
pasażerowie.) Hostel – ów legendarny Hostel Zacisze – osiągnęłyśmy szybko, i przyszedł
czas na chwilę prawdy. Otóż z pamiętnego spotkania z Naczelną i Stonką
pamiętałam tylko całkiem ładny, choć niewielki pokój, i prysznic Jamesa Bonda
(no i właścicielkę (?) odzianą w białą szatę) xD Ale że od 2007 r. już trochę
czasu minęło, próg hostelu przestępowałam z pewną taką nieśmiałością. Okazało
się, że niesłusznie – dziewczyny zakwaterowano w przestronnym pokoju z piecem
kaflowym, płaskim telewizorem (xD) i przynależną, czystą łazienką, wyposażoną -
a jakże – w prysznic Agenta Jej Królewskiej Mości. ;D Ogółem, po wszelkich
traumach noclegowych, dziewczyny zdawały się być zachwycone, a i ja,
obejrzawszy miejsce dokładniej, popadłam w szczery zachwyt i równocześnie swego
rodzaju melancholię, że miejsca noclegowe o najlepszym standardzie mam
najbliżej domu ;D

Zostałam ugratyfikowana herbatką, i jak zaczęłyśmy snuć
wszelkie opowieści dziwnej treści (i nastrajać się na koncert, pal sześć, że jakoś
uparcie wchodziło nam Bon Jovi na przemian z Ryśkiem Samborą :D), czas jakoś
magicznie przyspieszył, i ani się obejrzałam, a już należało się zbierać.
Szczęściem byłyśmy umówione na dzień następny, toteż w poniedziałkowe przedpołudnie zgodnie z umową
pojawiłam się w Zaciszu, gdzie uczestniczyłam w Festiwalu Piosenki Mało
Ambitnej, tudzież zostały dopełnione wszystkie rytuały związane z oficjalnym
wprowadzeniem mnie do wyjazdowej ekipy. xD Ruszyłyśmy również na, khem,
zwiedzanie Katowic, ograniczone do przemocnego komisu płytowego, gdzie
spędziłyśmy… no, dłuższą chwilę, bowiem ja zdążyłam powęszyć w pudłach, wybiec
pod Spodek po przybyłą z Kraka Agatę i zeń powrócić, a dziewczyny dopiero
kończyły „wykopki”. Następnie udałyśmy się coś przegryźć i umiejscowić pod
Spodkiem, gdyż godzina otwarcia bram zbliżała się nieubłaganie. Przy okazji
zrobiłyśmy jeszcze pamiątkowe zdjęcie (a dziewczyna, której wcisnęłyśmy aparat
w dłoń, kojarzyła mnie z koncertów IRY. Shame on me, ja nie kojarzyłam
dziewczęcia ni w ząb… O.o)., a potem nadeszła 15:30, otwarto bramy, i moje Towarzyszki zniknęły w hali.
Jednakże kontakt via komórka miałam z nimi do późnej nocy (dzięki jeszcze raz
za telefony! :) ). A we wtorkowy poranek reprezentantki Północy opuściły Śląsk,
mam nadzieję, z dobrymi wrażeniami. :)

I to by było na tyle, chyba jedyną jeszcze rzeczą wartą
wspomnienia jest krystalizowanie się planów koncertowych na rok przyszły -
jednakowoż nie wiem, co wyjdzie z ambitnych zamysłów zobaczenia w trasie Bossa
(tak, tego Bossa), bowiem to, co się
dzieje z biletami, zakrawa o pomstę do nieba, piekła i sejmowej komisji
śledczej, terminy rozpoczęcia sprzedaży zmieniają się dowolnie, ceny są zaiste
astronomiczne – a ja się waham, czy warto tłuc się do Pragi czy Wiednia, żeby
zobaczyć Springsteena z zespołem z k-nastego rzędu. Nie ma co, rozbestwiłam się
trochu przez to koncertowanie pod barierkami… O.o No i nie wiem, czy udałoby mi
się też sprezentować bilet Rodzicielce… Ale jeśli o nią chodzi, jej uwielbiane Uriah
Heep zamierza pojawić się w przyszłym roku w Dolinie Charlotty (dzięki Ci, o
wielka Agato!), a Macierzy nie rusza nawet fakt, że pod Słupsk musiałaby się
najprawdopodobniej transportować z Zakopanego. Mnie zdecydowanie rusza jednakże
bliskość Słupska do morza, a co za tym idzie – zwiększona ilość jodu w
powietrzu, co trochę się kłóci z matczynym stanem zdrowia. Ale jeżeli nie
będzie wyraźnych przeciwwskazań lekarskich, ani koncertu UH nigdzie dalej od
morza – w sierpniu atakujemy Dolinę Charlotty. ;) No i ciekawe, czy coś jeszcze
w rejonie zaproponują Skorpiony – ale to chyba pieśń nieco dalszej przyszłości.

Na razie kończymy listopad i czekamy na grudzień – oby ów
nie był zbyt upierdliwy…




A szafa gra:
Bruce’a Springsteena i Queen, a także wspomniane wcześniej Divlje Jagode.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Badlands, you gotta live it every day…

30 paź

Uhm, tak. Wypadałoby dać jakiś znak życia, ale po prostu nie
mam na to siły. W ciągu ostatniego miesiąca moja sytuacja rodzinno – domowa
wywinęła swoiste salto mortale i
całkiem niespodziewanie wróciła do stanu wrześniowego (czytaj: Rodzicielka
jednak wróciła do domu, aczkolwiek dlaczego i w jakich okolicznościach – nie
chcę się rozwodzić, a już na pewno nie publicznie). Teoretycznie powinno mi po
tym ulżyć – i z jednej strony rzeczywiście ulżyło, z drugiej – jeśli chodzi o
siły mentalne, to nie mam już nawet rezerw, a z trzeciej – atmosfera w domu
jest obecnie niesamowicie ciężka i w ośmiu przypadkach na dziesięć czuję się,
jakbym miała pod opieką dwoje dzieci, w wieku lat 64 i 57. Ja już nie mogę.

Poza tym, uczelnia tak daje mi do wiwatu, że żal mi własnego
tyłka, tęsknię za administracją i klnę na siebie we wszystkich dostępnych
narzeczach, że zdecydowałam się na magisterkę. Mam dwa dni zajęć, jeden cały
dzień schodzi mi na wyprawę do Kato i zrobienie kser na następny tydzień, a
kolejne cztery dni zapieprzam jak dziki osioł, żeby cokolwiek zrozumieć z tych 400-500
stron, bo jak na razie tyle mniej więcej wynosi średnia tygodniowa objętość
materiału, na który w przeważającej większości składają się ciężkostrawne teoretyczne
teksty. Tęsknię za kodeksami.

Co poza tym? Innych oznak życia nie stwierdzono, no może
poza wczorajszą imprezą urodzinową Siostry, na której najpierw rozpełzała się
tarta cytrynowa, a później latały bile (i okazało się, że nie dość, że potrafię
trafić w białą, to jeszcze od czasu do czasu przypadkiem coś wbijam!), a faceci
odstawili taki taniec do „Waka waka” (używając do tego rekwizytów w postaci
kijów bilardowych i butelek z piwem), że bardzo żałuję, że tego nie nagrałam.
Kabaret przedni, kino za darmo. xD Oprócz tego, zafundowałam dziś Rodzicielce
wyprawę życia do katowickiej IKEI. Możecie się śmiać, ale Macierz – co mnie
szczerze dziwi – jest osobą bardzo niemobilną, komunikacja miejska wywołuje u
niej przerażenie, a takie chociażby Katowice to prawdziwa terra incognita. W związku z tym dzień dzisiejszy był dla niej
zaiste pełen wrażeń, bo przekonała się na własnej skórze, jak wygląda styczność
z KZK GOP, zobaczyła, gdzie jej dziecko studiuje (tak, sobota jest Dniem
Kserowania, choćby świat się walił) – no i dotarła do tej mitycznej IKEI, która
koniec końców spodobała się jej na tyle, że stwierdziła, że mogłaby tam
zamieszkać. (Aczkolwiek nie wiem, czy była to sympatia wzajemna, bo po
stwierdzeniu – bynajmniej nie szeptem – „Patrz,
pani tam wlała pomyje i z tego wyjdzie musztarda!”
Bogu ducha winna kobieta
z obsługi, przyzierała się nam obu dość szpetnie. Jakoś mnie to nie dziwi.)
Ponadto zaszalałam i kupiłam sobie na Allegro kieckę, która na zdjęciu
wyglądała obłędnie – i będę zadowolona, jeśli chociaż w połowie tak dobrze
będzie wyglądać po wyjęciu z paczki i na moim grzbiecie. No i przymierzam się
do przekłucia w końcu uszu, bo obiecuję to sobie i tym ślicznym kolczykom od
Siostry i Szwagra, od urodzin.

Czyli generalnie – na zachodzie bez zmian.




A szafa gra:
Bruce’a Springsteena, Uriah Heep i Rainbow – nawiasem mówiąc, mam wrażenie, że
ci drudzy zrzynali od pierwszych aż wióry szły…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Seems like lately there’s a whole lot of leavin’ going on…

30 wrz

Minister Zdrowia
ostrzega: notka może zawierać ponadprzeciętne stężenie dramy. Co wrażliwszych
Czytelników uprasza się o skorzystanie z krzyżyka znajdującego się w prawym
górnym rogu.

Uwaga, mendzę. Mendzę, smucę, i narzekam, ale chyba doszłam
do momentu w którym nie wiem, gdzie kończy się moje rozdmuchiwanie i
wyolbrzymianie, a zaczyna wspomniany przez Naczelną w komentarzu do poprzedniej
notki przydział gówna dla kilkunastu osób. Czy tam odwrotnie. W każdym razie,
do rzeczy.

Wspomniany w poprzedniej notce termin matczynej wyprowadzki,
określony enigmatycznie jako „do miesiąca czasu” uległ drastycznemu skróceniu
do dwóch tygodni. Jest trzydziesty września, piątek. Podłogę mojego pokoju
zalegają nieszczęsne kartony i duże, czarne worki, wypełnione ubraniami,
pościelą, butami i wszystkim czym się da. Znikną najdalej w niedzielę. Jakoś
jeszcze do końca to do mnie nie dociera, ale i tak, jak spojrzałam na rozkład
pierwszego tygodnia października, to prawie zaczęłam tłuc głową o ścianę, bo
wyszło na to, że czas, żeby Mamę i Babcię odwiedzić, będę miała w weekend.
Najwcześniej i opcjonalnie. Jestem załamana. I to nawet nie to, że nie wiem,
nie poradzę sobie – bardziej o to, że ktoś, kto był obok codziennie, nagle z
tego „obok” zniknie i będzie tylko raz na jakiś czas – a ja przez sierpień
dogłębnie przekonałam się, że jednak jestem bardzo przywiązana tak do obojga
Rodziców, jak i do wszelkich drobnych domowych zwyczajów, i bardzo źle znoszę
łamanie domowego porządku. Inne rzeczy powinnam ogarnąć – przerobiłam
przyspieszony kurs zarządzania mieszkaniem, opłaty na najbliższy rok mam
rozpisane w formie planera dla idiotów (a poza tym w razie czego w sprawach
nagłych są telefony, da?), korzystanie z kuchni też nie stanowi dla mnie
czarnej magii, i jedyne, co z obiektywnego punktu widzenia może stanowić
trudność, to koegzystencja z Protoplastą. Dwa tak samo ciężkie charaktery,
niechętne do ustępowania i zmuszone do dogadywania się w sprawach
fundamentalnych – to zdecydowanie nie brzmi dobrze. Zresztą, chwilowo niesnaski
wkroczyły na nowy obszar, mianowicie – moje studia.

Z administracji rezygnuję definitywnie, i ledwie zacznie się
październik, pójdę się skreślić (co zresztą poradziła mi sama kobieta w
dziekanacie, bo z uprzejmym zapytaniem, jak to wygląda i indeksem w łapie
przyszłam już tydzień temu). I nawet ci znajomi, którzy najwytrwalej
perswadowali mi, żebym jednak została, jakoś to w końcu przyjęli do wiadomości,
tak samo zresztą Rodzicielka i Nestorka Rodu. Protoplasta jednakowoż nie może
tego przeboleć, i co i rusz słyszę aluzje i stwierdzenia, że może bym jednak została
/ wróciła / cokolwiek. Zakończone znaczącym „wiesz o co chodzi”. Taaa, że niby
lepsze perspektywy, praca i tak dalej… a g*wno prawda! Znaczy się, perspektywy
może i są, ale jaki sens ma ciąganie się od warunku do warunku, od powtarzania
semestru do powtarzania semestru? Nie wiem, pojęcia nie mam, co się stało, że
nagle przestałam sobie dawać radę, ale skoro już do tego doszło, to wolę zawinąć
żagle z honorem, a nie walać się po uczelni kosztem ciężko zarobionych przez
ojca pieniędzy. I wbrew pozorom (i całej mojej obecnej niechęci do kierunku),
nie robię tego z lekkim sercem, bo posiadanie w jednym semestrze warunku (i to
z przedmiotu, z którego było się dobrym i w który włożyło się kupę pracy), a w
drugim – już dwóch „ogonów” uważam za znak, że coś jest ze mną ewidentnie nie
tak. Jeżeli chodzi o innych, mam dokumentnie w nosie to, z jaką
łatwością/trudem przechodzą przez kolejne etapy edukacji i jest to jedna z całkiem
ostatnich rzeczy determinujących mój stosunek do danej osoby, ale do samej
siebie zawsze przykładałam inną, dużo ostrzejszą miarę. Nie pytajcie dlaczego
(chyba zgodnie z zasadą, że jeżeli mogę być w czymś dobra, to należy do tego
uparcie dążyć, a jakoś niespecjalnie mam nadmiar talentów do szastania nimi),
ale było tak od zawsze – i dlatego teraz, gdy wyleciałam ze studiów (które
dodatkowo wydawały mi się takie interesujące i jawiły się jako taka dobra
inwestycja na przyszłość), moje poczucie własnej wartości (które i tak
większość życia spędza na IOIM-ie, podłączone do respiratora i kroplówek) jest
w stanie bliskim agonii. Powiedziałabym nawet, że ma drgawki przedśmiertne. I
wszystko, czego się nie dotknę, to uczucie potęguje – ot choćby, rano
otworzyłam sobie do śniadania wczorajszy „Duży Format”, a tam na „dzień dobry”,
kilkustronicowy reportaż o ludziach w moim wieku, po różnych kierunkach, bez
szans i nadziei na pracę. Jakąkolwiek.

Bądźmy szczerzy, ja też nie spodziewam się cudów. Nie wiem
nawet, czy warto celować wyżej, niż kasa w supermarkecie, czy lepiej po prostu
uczepić się tego poziomu. Na początku miesiąca, podbudowana jedną z rozmów,
miałam jeszcze przebłysk myślenia o studiach doktoranckich, ale na chwilę
obecną doszłam do wniosku, że szanse wypalenia ten pomysł ma marne i niesie za
sobą zdecydowanie za duże ryzyko – a ja, jako osoba ze starzejącymi się i
chorymi Rodzicami i rokiem w plecy, ryzykować już nie mogę, tak więc kolejne z…
hm… marzeń? Nie wiem, powiedzmy może „kolejny z pomysłów na życie”, zostaje
włożony do eleganckiego pudełka i postawiony na półce pod sufitem.
Rzeczywistość wygląda tak, że po zupełnie wariackim pierwszym tygodniu
października, znów zacznie się bieganie za pracą. Znaczy, mogłam zostać we
wspomnianym w poprzedniej notce markecie, ale nie wyrabiałam na 10-12
godzinnych (i nigdy nie wiadomo, jak długich) zmianach w połączeniu z
dojazdami. Może byłabym w stanie to ciągnąć i nawet pogodzić ze studiami, ale
na Boga nie w momencie, kiedy na głowie ląduje mi jeszcze dom, bo przecież
Protoplasta też pracuje po 12h i więcej. Coś takiego mogłoby się skończyć tym,
że pewnego pięknego dnia zobaczylibyśmy w lodówce tylko światło – o ile któreś
z nas zapłaciłoby za nie rachunek. No i psychika też dawała o sobie znać, były
dni, że musiałam się mocno trzymać, żeby nie zacząć płakać wśród tych arbuzów,
ziemniaków, rożków z jabłkiem, jogurtów i śledzi przechodzących mi przez ręce.

Pracę i tak będę musiała znaleźć, i to względnie szybko,
bowiem – jak już kiedyś wspominałam – nieszczęścia, uroki, sraczki i przemarsze
wrogich wojsk są istotami wybitnie tchórzliwymi i pozbawionymi honoru, bowiem
atakują wyłącznie stadami. I tak, jakby już było mało nieszczęść, doszły do
tego problemy finansowe – jeden mój prywatny, drugi ogólnodomowy, a trzeci
babciny. Zajęcie dające jakiekolwiek dochody będzie więc bardzo mile widziane,
jednak znalezienie go będzie o tyle trudne, że tym razem już koniecznie muszę
ograniczyć się do Zabrza bądź Gliwic i nie szarpać na dojazdy nigdzie dalej.
No, chyba że ktoś rozciągnie dobę do 36h…

Podsumowując te dwie strony ekstrawertycznego ględzenia -
sypię się totalnie. Do teraz byłam w stanie jakoś się trzymać, ale obawiam się,
że moment, kiedy szwy puszczą mi z hukiem i to na całej długości, jest
niebezpiecznie blisko i nastąpi już za chwileczkę, już za momencik. Próg, kiedy
mogłam posklejać się taśmą izolacyjną (w sensie, starczyło kilka spotkań czy
rozmów) i ruszyć do przodu, chyba w którymś momencie niepostrzeżenie przeszłam,
bo teraz wszystko wraca jak nieszczęsny bumerang, ledwo tylko rozstanę się z
osobą, która w danym momencie podjęła się trudów znoszenia mojego mendzącego
jestestwa. I w sumie nie wiem, czy uda mi się zrobić coś mądrzejszego, niż… po
prostu „rozsypać się”, po czym pozbierać te wszystkie kawałki i zacząć
funkcjonować na innych zasadach. Mam tylko nadzieję, że już bliżej niż dalej
jest chwila, w której osiągnę już dno dna, odbiję się i zacznę – choćby
najwolniej, ale jednak – iść do góry.




A szafa gra:
szafa specjalnie nie miała czasu na granie, i dwa tygodnie przeżyłam na dwóch
piosenkach – „We All Sleep Alone” w wykonaniu Ryśka Sambory, i „Whole Lot Of
Leavin’” BJ. I tak, ja wiem, że filary się walą, żeby twórczość piątki z NJ z
najmniej strawnej ich płyty robiła mi za soundtrack do życiorysu, ale na ten
moment panowie idealnie trafili z tekstem. Końcem września miało bowiem miejsce
jeszcze jedno „leasing”, tym razem ostatecznie bardziej radosne – Martinka
wyleciała w końcu do – nomen, omen – Kalifornii, odległość między nami
zwiększyła się z trzy- do czterocyfrowej, a ja nawet nie mogłam być na
pożegnalnym spotkaniu… :( Trochę pociesza mnie fakt, że w sumie jak by nie
patrzeć, ta cała historia z tak fajnie szczęśliwym zakończeniem, zaczęła się
właśnie od mojej z Martinką znajomości… :) Chociaż jeden pozytywny akcent.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Breathe in, breathe out…

16 wrz

Taaaak… Przez dobrą chwilę miałam nadzieję, że przy końcu
tego miesiąca będę mogła stwierdzić, że na widownię dziejów boskich wtoczył się
wrzesień i świat od razu zrobił się jakby piękniejszy. Albowiem nieszczęsny
sierpień 2011 w pełni zasłużył sobie na nazwę „ssierpień”, nadaną mu ongiś na
Kwejku – pomijając wzmiankowaną notkę temu imprezę, był on smętny jak kondukt
żałobny w deszczu i pod wiatr. Doprowadził mnie również do głębokich wniosków
egzystencjalnych w temacie „dlaczego ludzie łączą się w pary”. Otóż, drodzy
moi, jeżeli nie jest to powodowane tzw. „uczuciami wyższymi” (których istnienie
jest dyskusyjne, ale co za dużo truizmów na jedną notkę, to niezdrowo), to i
tak mamy dwa oczywiste powody tegoż zachowania. Po pierwsze, samotne
prowadzenie gospodarstwa domowego jest wysoce nieekonomiczne, nawet, jeżeli ma
się już opłacony czynsz. Dwa pierwsze przykłady z brzegu – obiady, nawet
gotowane z minimalnych ilości, zjada się przez trzy dni, bo niektórych
produktów nie idzie przechowywać dłużej, a sprzedawane są w dużych porcjach; a
rzeczy do prania zbiera się dwa tygodnie – i tak kiedy szafa świeci już
pustkami, bęben pralki zapełniony jest ledwie w połowie. A po drugie – ja wiem,
że gadając do siebie, człowiek ma przynajmniej inteligentnego rozmówcę, ale
ileż, kurna, można…?

Sierpień wypełniły mi również poszukiwania pracy, które
jakkolwiek owocne okazały się dopiero przy samym końcu – zupełnie przypadkiem
znalazłam Młodzieżowe Biuro Pracy, o którym swego czasu mówiła mi Babcia. Po
zarejestrowaniu się tam, zostałam odesłana do jednej z agencji pracy
tymczasowej, gdzie podobno miała być oferta pracy w Zabrzu – na miejscu okazało
się, że Zabrze dawno nieaktualne, zajęcie na dwa dni jest natomiast w oddalonej
części Katowic. Stwierdziłam, że co mi szkodzi, i tak wylądowałam za kasą w
markecie – ale co Wam powiem, pomijając naprawdę przykry i paskudny dojazd,
trafiłam bardzo dobrze, bo i praca nie taka zła, jak ją malują, i ludzie bardzo
sympatyczni.

No ale, zajęcie skończyło się po dwóch dniach – a potem
szczęśliwie stan mojego mieszkania zaczął wracać do liczby przewidzianej
meldunkiem. Najpierw z wojaży ściągnęła Macierz, przywożąc mahoniową opaleniznę
na grzbiecie, oraz mały moździerz i winyla Europe w torbie. Kilka dni później
odprawiałam kolejne 31 godzin modłów do systemu śledzenia lotów Lufthansy, żeby
w niedzielę, czwartego września, powitać na katowickim lotnisku Protoplastę.
Czego nazwoził, nie będę wymieniać (w końcu nieładnie się chwalić), powiem
tylko, że Siostra zdrowo zaszalała w Hard Rock Cafe xD W tygodniu po ojcowskim
przylocie udało mi się spotkać z kilkoma osobami (w tym takimi, których nie
widziałam całe lata), zaliczyć naprawdę udaną sesję zdjęciową, oraz przypadkiem odnaleźć siłownię na wolnym powietrzu.
Dzięki drugiemu ze zdarzeń wspięłam się na wyżyny silnej woli, codziennie przez
tydzień robiąc godzinne rundki na trenażerach (nie śmiać się, jak na mnie to
naprawdę wyczyn xD). Czemu skończyło się po tygodniu? O tym za moment, w każdym
razie pierwszą połowę września przeleciałam na tradycyjnej jesiennej „fali
wznoszącej”.

Trzynastego wydawało się, że nastąpiło apogeum dzikiego
szczęścia – najpierw zostałam praktycznie obudzona informacją, że w konkursie,
w którym startowałam, wygrałam aparat; a gdzieś tak w połowie dnia po kolejnym
telefonie okazało się, że jest praca, od zaraz do końca miesiąca, i to bliżej
niż poprzednio. Zdawało się, że „żyć, nie umierać, prosić o więcej”, toteż
następnego dnia najpierw pojechałam do agencji podpisać umowę – i pominę
przyczyny, ale już tam zapaliła mi się w głowie ostrzegawcza kontrolka. A dalej
było już tylko gorzej. Na „dzień dobry” dostałam opiernicz, że moje
doświadczenie wynosi tylko dwa dni i że studiuję dziennie, od razu zostałam też
ustawiona w szeregu stwierdzeniem „pamiętajcie, że to my was wynajmujemy i to wy się macie dostosować”, do tego z upływem
dnia okazało się, że w agencji podali mi złe godziny pracy i faktycznie
siedziałam dłużej, niż mi powiedziano na początku. Opuszczono również
informację o tym, że obowiązuje dziesięciogodzinny dzień pracy, z możliwością
przedłużenia do 12 godzin – i jutro właśnie tyle mnie czeka. W inne szczegóły
wdawać się nie będę, ale ogólnie rzecz biorąc jestem cokolwiek załamana, i mam
tylko nadzieję, że szybko się przyzwyczaję (również do drastycznych ograniczeń
czasu na sen i jedzenie, bo do czasu pracy muszę doliczyć jeszcze dojazdy -
niezbyt krótkie i wygodne. Nie wspominam już o takich drobiazgach jak komputer
czy właśnie siłownia.). Pewnie powiecie, że zawsze mogę rozwiązać umowę
wcześniej (chociaż perspektywa zarobienia kwoty równej 1/3 czy nawet połowie
wartości nowego laptopa, czy też mogącej pokryć moje długi u Protoplasty
kazałaby się nad tym jednak zastanowić), czy zrezygnować z ewentualnego
przedłużenia. Owszem, też to rozważałam, ale po otrzymanej dziś informacji myśl
ta zaczęła mi wietrzeć z głowy.

Otóż okazało się, że z Babcią jest już podobno na tyle źle,
że do miesiąca czasu Rodzicielka się do niej wyprowadza. I cholera… ja wiem, że
z upływem czasu trzeba się było z tym liczyć, choćby dlatego, że Babcia wyraża
zadziwiającą niechęć do gotowania i jedzenia, co niestety odbija się na jej
zdrowiu. Tak samo wiem, że Rodzicielka nie wyprowadza się na drugi koniec
miasta, tylko ledwie 20 minut dalej w linii prawieże prostej. Ale mimo wszystko
czuję się, jakby mi kto czymś ciężkim przywalił w głowę. I przede wszystkim -
nie chcę zostawać sama z ojcem. Owszem, z każdym z rodziców potrafię iść na
noże, ale jakbym miała wybrać jedno z nich, z którym mam zostać sama na dłuższy
czas, to będzie to raczej Rodzicielka. Życia 24/7 tylko z Protoplastą mogę nie
wytrzymać psychicznie – i zdaję sobie sprawę z tego, że i Macierz zabierze
manatki z radością, a konieczność szybkiej wyprowadzki raczej ją cieszy, niż
martwi…

Wypisałam się, ale nie powiem, żeby zrobiło mi się lżej, czy
tam lepiej. Dół i norweski szyb naftowy, jednym słowem…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Hello, it’s your life speaking. You have no idea what you’re doing, do you?

14 sie

W zasadzie ta nazwa jednej z setek facebookowych stron do
polubienia mogłaby być moim mottem już od zeszłego roku, ale że trafiłam nań
dopiero jakiś czas temu, to na razie zostało jej stanowisko tytułu notki. Ale
spokojnie, nie zamierzam rzucać Wam na pożarcie steku przemyśleń o charakterze
egzystencjalnym, choćby z tej prostej przyczyny, że moja wena TFUrcza udała się
w długą. Wprawdzie okazjonalnie powraca, głównie w chwilach rządzenia i
dzielenia w kuchni, ale jak patrzę na zawartość dzisiejszego garnka, to widzę,
że chyba zapowiadają się dłuższe wakacje… xD (Żeby nie było – większość dań
udaje mi się od pierwszego czy tam drugiego kopa, chociaż zwykle lepiej smakują
niż wyglądają – jednak biorąc pod uwagę to, że jestem zdecydowanie wakacyjnym
kucharzem, uważam to za dobry wynik. Jednak cierpię na patologiczną
nieumiejętność przyrządzania zup, bowiem te dania w moim wykonaniu ani nie
smakują za specjalnie, ani nie wyglądają. *-* Nie muszę mówić, czego garnek właśnie wylądował w
lodówce…? xD) Także no – na tę okoliczność będzie (względnie) krótko, (z
założenia) treściwie i w punktach.

Primo – studia. Zostałam zakwalifikowana na uzupy z
politologii, bladego natomiast pojęcia nie mam, co zrobić z tą nieszczęsną,
porzuconą na placu boju administracją. Stan na dziś jest taki, że gdybym jednak
podeszła do cywilnego i je zdała, to i tak kolejny przedmiot (ochronę
środowiska) mam „w ogonie”. Ostatnia rozmowa z Koegzystentem L. natchnęła mnie
na pomysł dziekanki – ale żeby o takową się starać, i tak muszę zapłacić za
warunek. W tym momencie zabawa robi się średnio opłacalna, bo ów urlop miałby
być raczej czymś w rodzaju przerwy na odetchnięcie i zdecydowanie, czy w ogóle
mam ochotę jeszcze się z tym użerać, czy jednak na myśl o Wydziale Paranoi i
Absurdu dalej puszczam królewskiego pawia, z całą rozpiętością ogona.
Wyszarpanie kolejnych trzech baniek (obojętnie czy swoich, czy rodzicielskich)
natomiast na swój sposób obliguje mnie do powrotu, szczęśliwego zdania i
skończenia tych studiów. Wiem, że dałyby mi relatywnie więcej, niż nieszczęsna
politologia, nie wiem natomiast, czy starczy mi na ten ewentualny ostatni rok
elementarnej motywacji – a obawiam się, że kilka wtajemniczonych w sprawę osób
i ich kopy w śródzadzie mogą nie wystarczyć w pełni jako substytut takowej…

Secundo – praca. Której mimo starań jak nie było, tak nie
ma, co jest tym bardziej frustrujące, że jest i mieszkanie i towarzystwo doń, i
generalnie tylko źródła finansowania brakuje do wyrwania się z domu – i
powiedzmy, że tyle w temacie.

Tertio – tzw. życie towarzyskie. Tu akurat istnieją jakieś
oznaki życia – raz, że wakacje niejako tradycyjnie są czasem intensyfikacji
różnej maści celebracji urodzinowych, a po drugie – z początkiem sierpnia, po
wydelegowaniu Rodzicielki w Tatry stan osobowy mieszkania zmniejszył mi się do
jednej sztuki, czytaj: mnie. Umożliwiło to między innymi stosunkowo huczne
świętowanie również mojego własnego wejścia w szacowny wiek lat dwudziestu
trzech – znaczy, nie wiem, czy sama z siebie zdecydowałabym się na organizację jakiegoś
spędu, ale decyzję niejako podjęła za mnie Siostra (w sensie, Kam),
postanawiając, że całą naszą patologiczną rodziną zwalą mi się do mieszkania.
Sama poszerzyłam skład o dalsze kilka osób, i w ten oto sposób wieczorem 6 sierpnia 2011 mieszkanie
wypełniło się największą ilością ludzi… chyba od czasów mojego przyjścia na ten
ziemski padół. O.o Chwała i dzięki niech będą Siostrze i Szwagrowi, którzy
przyszli sporo przed resztą i pomogli mi ogarnąć kuchenny pierdzielnik, a także
Marcie, która wraz z Kam pomogła zapanować nad otoczeniem po wyjściu ostatniego
nie zapisanego na nocleg gościa (chociaż chyba „pomogły” to trochę źle powiedziane,
bo w sumie dziewczyny ogarnęły wszystko za mnie, i jedyne, czym musiałam się zająć,
to kuchenka, cała w jabłkach i cieście naleśnikowym O.o). Jak było – cóż, to
każdy z obecnych oceni po swojemu, jednak osobiście jestem zdania, że to
najlepsze urodziny, jakie miałam :) Na dłuższą relację chyba nie ma co się
silić, bo i tak już nie pamiętam, kto wedle naszych spiskowych teorii miał
znosić złote jajka (nie wiem, czy czasem nie kot), historię o ataku wczesnych
słowian (?) na spokojnie biesiadujących ludzi najlepiej opowiada uczestnik
przedstawienia, a opowieści o ogniach świętego Elma i sylwetce strzeleckiej
nawet nie próbuję przytoczyć, bo do teraz w godzinach późnowieczornych z pokoju
do pokoju przechodzę, zapalając po drodze wszystkie światła. *-*

No. I to by było chyba tyle, w telegraficznym skrócie. Biorę
pod pachę jedną z urodzinowych książek i pełznę zeń gdzieś, bo wreszcie
zabrałam się za to, żeby zacząć czytać – i wciągnęło, nie powiem. Zresztą,
czego innego się spodziewać po Sapkowskim? :D Adieu! :)

 

 

PS. Komuś jeszcze chciało się wystawać w nocy z piątku na
sobotę w oknie i wypatrywać Perseid? ;)




A szafa gra:
Głównie to chyba The Hooters, Cheap Trick i Queen. A w kwestii szafy grającej -
Warrantowe „heaven isn’t too far away”
nabrało ostatnio dużo mniej metaforycznego sensu… Jani Lane na pewno będzie
miał tam na górze doborowe towarzystwo, szkoda tylko, że tak wcześnie.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Eurotrip w wersji dla zaawansowanych, czyli Tour de (szeroko pojęte) Południe.

08 lip

Salve. Jak już pewnie zauważyliście, ostatnimi czasy moją
specjalnością stają się trasy, roboczo określane mianem „Eurotrip”, a
polegające na jeździe przez kosmiczną ilość godzin w jakieś odległe miejsce,
tylko po to, by zaliczyć kilkugodzinną imprezę; uchetaniu się przy tym jak koń,
ubawieniu po samą kokardkę a może i wyżej, powrocie w tak samo szaleńczym
trybie i padnięciu ze zmęczenia w drzwiach mieszkania. Koniec czerwca i początek
lipca miały to do siebie, że oddalone od miejsca mojego pobytu wydarzenia
wysypały się jak z rozwiązanego worka: 29 czerwca znana Wam już dobrze Martinka
miała być uroczyście promowana w Koszycach na lekarza weterynarii, 1 lipca w
Tarnowie miało grać Scorpions, a 1-3 lipca w Krakowie chciała mnie widzieć Kam,
z racji odbywającego się tamże zlotu sympatyków Legendy Zielonego Smoka (gry
uruchomionej przez niejakiego Archona jeszcze w czasach licealnych – wprawdzie
przeszła ona różne koleje losu, włącznie ze zmianą właściciela, ale było nie
było – to ten sam dobry Smok). Powrót do domu po każdym z tych wydarzeń byłby
niemożliwy/nieopłacalny z racji sensowniejszych połączeń na linii Koszyce -
Kraków niż Koszyce – Katowice; opcjonalnie z racji konieczności powrotu z
Tarnowa przez Kraków, jak by na to nie spojrzeć; toteż zdecydowałam się załatwić
wszystko jedną trasą i po dograniu niezbędnych szczegółów
organizacyjnych/zapewnieniu sobie niezbędnej pomocy, powstał prawieże
tygodniowy Eurotrip w wersji dla zaawansowanych.

Trasę rozpoczęłam we wtorek, o barbarzyńskiej 4:00 rano. Miałam wprawdzie dumne plany rozpoczęcia jej o
bardziej cywilizowanej porze, ale spaliły one na panewce w momencie, gdy
przekonałam się, że czas na przesiadki mam zdecydowanie za krótki – znaczy, w
normalnych warunkach około dwudziestominutowe przerwy zapewne by wystarczyły,
ale podróż do Krakowa lubi się przeciągać, a zakopianka jest niesamowitym
generatorem korków. Biorąc pod uwagę, że koniecznie i musowo musiałam się
znaleźć w stolicy polskich Tatr o godzinie 11:00, stwierdziłam, że trudno się mówi, targa się z rana.
Stawiłam się więc, objuczona niczym dorodny dromader, na zabrzańskim dworcu,
tylko po to, by się przekonać, że mój pociąg już na wejściu jest opóźniony o
jakieś 20 minut. Jak to mówią – w PKP bez zmian… Szczęściem dzielny mały pociąg
zebrał się do przysłowiowej kupy i nadrobił opóźnienie (czemu przysłużył się
jak mniemam brak prawie półgodzinnego postoju w Katowicach), i w Krakowie
znalazłam się o czasie. Nawet udało mi się specjalnie nie pogubić w labiryncie
nieodwiedzanych od dawien dawna dworcowych tuneli i szybko wylądowałam na
płycie RDA, gdzie wpakowałam się w pierwszy wehikuł jadący w stronę Zakopanego.
Dwie godziny drogi spędziłam to przydrzemując, to spoglądając za okno – i
powiem Wam, im dalej od Kraka odjeżdżałam, tym mniejszym optymizmem mnie widok
zaokienny napawał. Z upływem czasu stało się jasne, że dobra pogoda pozostała w
rejonie dawnej stolicy, natomiast Zakopane po kilkuletniej przerwie w
odwiedzinach, zaprezentuje mi się w sposób tradycyjny – jak to podsumował
kiedyś Makuszyński: „z lewej strony Giewont, z prawej Gubałówka, a w środku
deszcz”. Wprawdzie jeszcze nie
padało, aczkolwiek załamanie pogody wisiało w powietrzu. Nadzieją na
pooglądanie gór mogłam się wypchać, toteż znalazłszy się finalnie na
zakopiańskim dworcu porzuciłam pomysł zrobienia pamiątkowej panoramki.
Zostawiłam za to juk w przechowalni i ruszyłam świńskim truchtem obiec
Krupówki, głównie w poszukiwaniu sławetnych już krówek. Oczywista słodkości nie
znalazłam (o 10:00 rano miasto śpi jeszcze snem sprawiedliwego), za to
skonstatowałam, że główny deptak jest jeszcze brzydszy, jeszcze bardziej
kiczowaty i jeszcze mniej urokliwy niż był, kiedy spacerowałam nim cztery lata
temu. W sensie, ja doskonale rozumiem, że tworzy się nowe sklepy, knajpy i cuda
na kiju, w końcu na czymś trzeba złupić przyjezdnych, ale na Boga, kto wymyślił
pakowanie tego w stosunkowo nowoczesne konstrukcje ze szkła, do ogólnego obrazu
wioski pasujące jak wół do karety…?

Z tym smętnym wnioskiem, tudzież pytaniem egzystencjalnym,
wpakowałam swoje jestestwo z przyległościami w autobus jadący do Popradu – i
ledwo to uczyniłam, z nieba lunęło. W ten oto sposób zasadniczo ładna widokowo
trasa stała się obrazem nędzy i rozpaczy, a ja zastanawiałam się, kiedy autobus
ześlizgnie nam się z serpentyn prowadzących do przejścia granicznego. Po
przejechaniu Łysej Polany niewiele się zmieniło – wprawdzie przestało padać i
chmury chwilami się podnosiły, umożliwiając rzut oka na Łomnicę czy Sławkowski
Szczyt, tudzież Lodowy, Jaworowy lub Gerlach; ale było to raczej marne
pocieszenie i jedyny urokliwy widok trafił się pod samym Popradem, gdy droga
nagle odwróciła się o 270 stopni, ukazując ścianę gór, do tej pory znajdującą
się za nami. Opuściłam wehikuł w Popradzie, znalazłam dworzec kolejowy i
przechowalnię bagażu, kupiłam bilet do Koszyc, i podreptałam w miasto, żeby
jakoś spożytkować te 4 godziny dzielące mnie od pociągu.

Co Wam powiem – zrobiłam w tym momencie największy błąd na
trasie. Trzeba było albo zaznajomić się z rozkładem TEŽ (kolejki kursującej po
Wysokich Tatrach) i prysnąć sobie do Smokowca albo gdziekolwiek w te rejony;
opcjonalnie zwinąć się jednak wcześniej do Koszyc i na własną rękę pozwiedzać
trochę centrum. Poprad okazał się bowiem dziurą, i to tak dechami zabitą, że
powinnam w tym miejscu odszczekać wszelkie inwektywy pod adresem Zakopanego. Po
pierwsze – dworzec. Pozbawiony jakiejkolwiek restauracji, kiosku, czegokolwiek
w tym guście; jedyną aprowizację stanowił wątlutki sklepik i naprawdę
niewłaściwego prowadzenia się knajpa, żeby nie powiedzieć – speluna. Po drugie
- ceny w jakichkolwiek punktach żywieniowych. Jeżeli już były wystawione,
okazywało się, że jest chyba nawet drożej niż w stolicy – wprawdzie istniała
idea „zestawów dnia”, ale w żadnej knajpie nie znalazłam takiego, którego
wszystkie elementy mogłabym pochłonąć bez obawy o reakcję organizmu. Co więcej,
kiedy już zdecydowałam się na miejsce wyglądające w miarę sensownie, odrzucili
mnie odeń polegujący na schodach pijaczkowie. Dziękuję, szukam dalej. Po
trzecie – w centrum miasta naprawdę nie ma czego oglądać. Dwa kościoły na
krzyż, jeden pomnik, jedna tablica – i to wszystko. Podobno jest jakaś
starówka, i podobno nawet ładna – ale Bóg wie, gdzie, a z tego, co udało mi się
dowiedzieć – daleko. Jest też muzeum – jak na złość, zamknięte… Ale najgorsza i
najbardziej dobijająca w cały mieście była inna rzecz – stężenie Romów.
Przyznaję się, nie przepadam za nimi i generalnie im dalej ode mnie się
trzymają, tym lepiej – a w Popradzie jest ich chyba więcej niż Słowaków.
Ponadto są niesamowicie hałaśliwi, ostentacyjni, każde miejsce traktują jak
swój dom – a co lepsze, byłam świadkiem bójki takowych na dworcu głównym, i nie
reagował dosłownie nikt. Nie wiem, może inni są już do tego przyzwyczajeni, dla
mnie jednak te kilka godzin było niesamowitą traumą (i nawet przemiły pan
sprawujący pieczę nad przechowalnią bagażu nie był w stanie tego zmienić).

Pociąg do Koszyc powitałam z niesamowitą ulgą, nawet udało
mi się zająć miejsce w przedziale oddalonym od wycieczki szkolnej – ale
generalnie cała para ze mnie uszła i do celu dojechałam jak smutny mops. Tym
smutniejszy, że nikt na mnie nie czekał na dworcu, i dłuższą chwilę zajęło nam
z Martinką ustalenie koordynatów i dalszego planu działania. Ostatecznie jednak
znów zaskoczyłam wszystkich, znajdując się w obcym mieście w 20 minut xD Fakt,
że do pomocy wykorzystałam rezydujących na dworcu policjantów – i z tym wiąże
się jedna refleksja. Niespecjalnie pewna umiejętności w zakresie języka
słowackiego, pytanie o drogę wyartykułowałam po angielsku – a żaden ze stróżów
prawa nie był w stanie w tym języku się porozumieć (to jak oni, kurnaż, dwa
miesiące temu przeżyli te MŚ w hokeju? :D). W końcu łamanym słowackim
poprosiłam o wytłumaczenie po słowacku, ale powoli, a najlepiej o dostęp do mapy; wydruk z Google Maps po
chwili dostałam do łapy, i podziękowawszy, ruszyłam na miejsce spotkania.
(Nawiasem mówiąc, po usłyszeniu owej historyjki w odpowiedzi na pytanie „How did you get here so fast?”,
Martinki „połówka” stwierdziła, iż przy następnej takiej sytuacji powinnam
pójść do policjantów i z kamienną twarzą stwierdzić, że w miejscu, do którego
zmierzam, popełniłam zbrodnię i wyśpiewam wszystko, jeśli tylko mnie tam
zawiozą. Oczywista po dostarczeniu na miejsce należy stwierdzić, że „jednak mi
się pomyliło i nie było żadnej zbrodni”. xD Następnym razem wykorzystam :D)
Jako że 3/4 grupy było skonane w stopniu mniej lub bardziej niebotycznym,
kolacja zakończyła się stosunkowo szybko, bo dosłownie i w przenośni padaliśmy
nosem w talerze. Ostatecznie chyba jeszcze przed 22-gą udaliśmy się w objęcia
Morfeusza – i czas to był najwyższy, biorąc pod uwagę intensywność następnego
dnia…

29 czerwca bowiem Martinka była uroczyście promowana na doktora
weterynarii. I mówiąc „uroczyście”, dokładnie to mam na myśli – w miejskim
teatrze, z pompą, i jak to podsumowała Koegzystentka X.: „jak z Dynastii”. xD Z
tej okazji sama wyciągnęłam z odmętów szafy sukienkę, którą miałam do tej pory
na grzbiecie tylko raz, przed X laty (bowiem do tej pory nie byłam w stanie
znaleźć równie uroczystej okazji – poza weselem, na które jednakowoż raczej nie
chodzi się w czerni) – i po wydaniu z siebie westchnięcia ulgi, że jeszcze w
nią wchodzę (wprawdzie od 4 lat noszę ten sam rozmiar, ale dreszczyk
niepewności pozostał), ostrożnie wpakowałam ją do wyładowanego po sam komin
plecaka, do spółki z żakietem, „wyjściowymi” butami (z perspektywy czasu myślę,
że jednak mogłam pokusić się o wyższy obcas – kolana może by nie zastrajkowały,
a moje nogi na zdjęciach wyszłyby bez porównania korzystniej, tak to wyglądam
jak kaczusia *-*) i nawet torebką do kompletu. XD Martinka, widząc tenże zestaw
nie była w stanie ukryć zaskoczenia (coby nie powiedzieć, poza krótkim, może
kilkumiesięcznym, epizodem charakteryzującym się obnaszaniem krótkich kiecek,
często w połączeniu z obcasami, dalej wychodzę z założenia, że najlepszy ubiór
to jeansy, a najlepsze obuwie jest płaskie, wysokie przynajmniej do pół łydki i
w sytuacjach ekstremalnych może stanowić nieocenioną pomoc przy otwieraniu
drzwi – także, ciężko uznać mnie za specjalnie dziewczęcą). Trzeźwość umysłu
zachowała natomiast „połówka” mojej drogiej przyjaciółki, która po jej kolejnej
radosnej eksklamacji stwierdziła „A czego
się spodziewałaś, garnituru?”
:D W każdym razie, wszyscy odstawieni na
wysoki połysk, ruszyliśmy do teatru – i zdążyliśmy dosłownie na ostatnią
chwilę, do czego się w sumie przyzwyczaiłam. Spotkaliśmy się z resztą
zaproszonych gości i ruszyliśmy zająć miejsca. Wraz z Mamą Martinki wylądowałam
w ostatnim rzędzie na trzecim balkonie, toteż pobłogosławiłam 12-krotny zoom w
aparacie – ale nie miałam zbyt wiele czasu na roztkliwianie się nad
możliwościami pasażera mojej torebki, bowiem właśnie zaczęła się właściwa
ceremonia, pojawili się absolwenci, zaproszeni goście, władze koszyckiego UVL;
odegrano hymn… I co Wam powiem, moi drodzy, mimo że ostatecznie było to rzeczywiście tylko
oficjalne zgarnięcie dyplomów, wzruszyłam się, kiedy moja
przyjaciółka stanęła przed całym audytorium z dyplomem w rękach. :) Oczywiście
po zakończeniu ceremonii nastąpiła obowiązkowa sesja foto w malowniczych
okolicznościach koszyckiego Hlavnégo Námiestíe (i mówię to bez ironii, centrum
miasta jest piękne i idąc naprawdę nie wiedziałam, w którą stronę się patrzeć),
przy grającej fontannie. Zresztą, pal sześć sam fakt gry – jak usłyszałam, że
wydobywa się zeń ni mniej ni więcej, tylko „New Kid In Town” The Eagles, poziom
surrealizmu całej sytuacji skoczył mi o dobre dwadzieścia punktów w skali
ogólnej, poziom zacieszu – o drugie tyle. :)

Po zrobieniu astronomicznej ilości zdjęć, całą grupą
udaliśmy się na obiad do wielce przyjemnej knajpki, a po zadośćuczynieniu
naszym żołądkom i wzniesieniu okolicznościowych toastów nastąpiły „zajęcia w
podgrupach”. Wraz z Martinką i jej +1 planowaliśmy jeszcze wieczorem uderzyć w miasto, ale ekipa mi padła ze
zmęczenia (biorąc pod uwagę, że w ciągu poprzednich dwóch dni spali może 8
godzin, jakoś niespecjalnie mnie to dziwi), także ostatecznie skończyło się na
stadnym oglądaniu filmu. A następnego dnia ja zawijałam żagle i opuszczałam
ziemię słowacką, udając się w dalszą drogę. Dla odmiany aura znowu była z tych
z gatunku „pod chorym Azorkiem”, i ledwo wsiadłam do pociągu, zaczęło padać. W
Popradzie przywitała mnie już regularna ulewa, a na domiar złego spóźniłam się
na bezpośredni autobus do Zakopanego (sporą winę przypisuję tu beznadziejnemu
opisaniu popradzkiego dworca autobusowego, bowiem stanowisk komunikacji miejskiej nie idzie
rozróżnić od tych komunikacji dalekobieżnej, a rozkłady, które w każdym
cywilizowanym mieście umieszczone są w widocznym miejscu, tam wywalone są w
zupełnie inny kąt dworca, i szukaj, człowieku, wiatru w polu). Nawiasem mówiąc,
to był właśnie moment, w którym zaliczyłam kryzys jak stąd do wieczności -
nerwy, trzymane przez ostatnie dwa-trzy dni w ryzach, na widok zadu autobusu
puściły z całą mocą i zapragnęłam znaleźć się w domu już, teraz, zaraz,
natychmiast, kichając na wszystko po drodze – a że niespecjalnie mogłam to
uczynić, przez bity kwadrans klęłam na czym świat stoi, że do d… z taką
wycieczką, po jaką cholerę poniosło mnie w świat, i temu podobne inwektywy. A
nieszczęsnemu Popradowi obiecywałam rychłe wysadzenie. Szczęśliwie, po jakiejś
godzinie udało mi się wprowadzić w życie plan awaryjny pt. „wpakowanie jestestwa
w bus jadący do granicy” i od razu zmieniło mi się postrzeganie rzeczywistości.
Oczywista, poślizg ów wydłużał trasę dość znacznie – wspomniana godzina
oczekiwania, plus chyba prawie dwie podróży robiły swoje. Tym razem droga
wiodła przez centra wsi i miasteczek w Wysokich Tatrach – i znów, gdyby nie beznadziejna
pogoda, nawet taka rozciągnięta w czasie podróż mogłaby być wysoce urokliwa.
Jednakże jedynym ustępstwem ze strony aury był z czasem brak deszczu, i chmury
podnoszące się nieco znad gór, tym wyżej, im bliżej było do polskiej granicy. W
końcu wypadłam z wehikułu na Łysej Polanie, przedreptałam na polską stronę,
zaświeciło słońce, chmury podniosły się definitywnie, a wkrótce pojawił się bus
do „cywilizacji” (i to nawet jadący krótszą trasą), i życie od razu stało się
jakby piękniejsze.

Ponownie zlądowałam na zakopiańskim dworcu. Do autobusu do
Krakowa miałam jeszcze trochę czasu, toteż ponownie porzuciłam bagaż i ruszyłam
do Kuźnic, gruntownie przebudowanych od mojej ostatniej bytności tam. Ładnie to
wyszło, nie powiem, ale miałam zdecydowanie za mało czasu, żeby wszystko sobie
dokładnie obejrzeć, ponadto deszcz wisiał w powietrzu, a owa przebudowana część
była tak pusta (!), że nawet nie miałam kogo poprosić o zdjęcie mojej własnej,
prywatnej, osobistej facjaty „na tle”. Następnie pokłusowałam na obiad, do
poleconej mi przez Macierz restauracji – i powiem tak: karmili dobrze, choć
jadałam już lepsze rzeczy; ale szczerze żałowałam, że nie wypadało mi obiec
całej knajpki i poślinić się do ścian, prezentujących złotą erę polskiego
narciarstwa *-* Punkt obowiązkowy przy następnej wizycie (tak samo jak lody w
„Podwórku”), bo zakładam, że kiedyś takowa jednak nastąpi. Zdaje się, że powód
mojego unikania tegoż miejsca tak jakby „wyparował”, a chyba na swój sposób
stęskniłam się za tym podtatrzańskim grajdołkiem. Anyway, jeśli chodzi o
czwartek – stawiłam się na dworcu, wpakowałam jestestwo do autobusu linii
Szwagropol i ruszyłam do Kraka, w towarzystwie hałaśliwej wycieczki Żabojadów.
Ledwo wyjechałam z Zakopca, odezwał się mój telefon. Dzwoniła Marysia, aby
powiadomić mnie, że jej dziadkowie, u których mieliśmy nocować w trakcie
eskapady tarnowskiej, wystawili ją rufą do wiatru i nici z noclegu, bo właśnie
zaczynają remont – i czy wobec tego ja mam jakąkolwiek opcję na tę noc, skoro potem jeszcze miałam
wracać do Kraka. Powiedziałam wku*wionej na familię towarzyszce, że nie powinno
być z tym problemu (wykonałam jeszcze telefon kontrolny) i dodałam, że w tym
tygodniu chyba niewiele mnie już zdziwi; po czym ustawiłam mp4 tak głośno, jak
tylko się dało, żeby nie słyszeć szwargoczących Żabojadów i pogrążyłam się w
lekturze.

Punktualnie jak rzadko, parę minut po 20:00, po raz kolejny wylądowałam na krakowskim
RDA i ruszyłam na spotkanie z Kam. Chwilę spędziłyśmy jeszcze czekając na Luth,
która to miała nas przez jedną noc
przechować, po czym już w trójkę ruszyłyśmy do „świetnej knajpy”, jak
stwierdziła Kam – knajpą ową okazał się być dobre mi znany Tower (i tak,
świetny xD). Wypiliśmy po „studenckim piwku”, w międzyczasie okazało się, że
nie dość, że jesteśmy z Luth de facto krajankami, to jeszcze podzielamy
sympatię do Bon Jovi, ruszyliśmy na kolejny dworzec, spotkać się z +1 Luth, po
czym ostatecznie na kwaterę – i w trakcie tej trasy zgubiłam bluzę (wieczorem
było nadspodziewanie ciepło, toteż moje okrycia wierzchnie radośnie dyndały na
przewieszonej przez ramię torbie), co niespecjalnie mnie zmartwiło w danym
momencie, jednak następnego ranka zrobiło się nieco problematyczne. W piątek
bowiem pogoda stwierdziła, że ma nas wszystkich w poważaniu i załamuje się
dokumentnie. Od godzin wczesnoporannych było zimno jak w psiarni, lało i
generalnie plany na ów dzień zaczęły rysować się w szarawych barwach. No i
zaczął doskwierać brak nieszczęsnej bluzy – szczęśliwie jako że do Tarnowa zabierałam
się z jadącą samochodem z Zabrza Marysią, poprosiłam ją o zahaczenie o mój dom
i wzięcie stamtąd dodatkowych ciuchów – co w ostatecznym rozrachunku uratowało
sprawę. W okolicach południa otrzymałam wiadomość, że moi towarzysze koncertowi
są już pod wskazanym adresem, toteż pożegnałam się z Kam i jej +1 i ruszyłam z
kopyta ku przygodzie z piosenką.

Dobra… „ruszyłam z kopyta” to „lekka” przesada, bowiem droga
była jednym wielkim korkiem, ciągnącym się od Krakowa do Tarnowa; a ile
jechaliśmy – nawet nie podejmuję się liczyć. *-* W samym Tarnowie dłuższą
chwilę zajęło nam znalezienie „bazy” (czyli miejsca stacjonowania jednego z
odłamów rodzinnych Marysi), ale jak już w końcu trafiliśmy, zostaliśmy podjęci
obiadem i zaoferowano nam wszelką pomoc w kwestii przetrwania w niekorzystnych
warunkach pod bramami. xD Gdy do ich otwarcia pozostały plus-minus dwie
godziny, zdecydowaliśmy, że jednak warto byłoby się ruszyć; zwłaszcza że wywiad,
jaki przeprowadziłam wśród znajomych będących na miejscu jednoznacznie
wskazywał: zaczyna się robić pełno. Toteż po nałożeniu na siebie kolejnych
warstw ciuchów i krótkim spacerze znaleźliśmy się pod bramą stadionu w
Mościcach. Spodziewałam się większej masy ludzkiej, jednakowoż to, co już tam stało, i tak minimalizowało szanse na sensowne miejsca. Ustawiliśmy się po
prawej stronie, mając na wprost jedno z domniemanych wejść na płytę A (9 wejść
na całą płytę przy jednej bramie… *-*), a ja zaczęłam rozglądać się to za
stojącą gdzieś na wprost Martą (znajomą z Pragi), to za mającymi przybyć
Twisted, Agatą, Martą i Mateuszem. Po jakimś czasie odezwał się mój komórczak,
sygnalizujący przybycie tych ostatnich, w związku z czym po krótkiej ocenie
sytuacji przykazałam przyjaciołom pilnować miejsca w ogonku, a sama wypełzłam przed
masę ludzką. Oczywiście jak przystało na ślepego kreta, początkowo nie
zauważyłam ani pół znajomej twarzy, sztuka ta udała mi się natomiast po
konsultacji telefonicznej. W ten oto sposób po chwili zarzucałam radosnego
misia Oli i Marcie, dopytując się jednocześnie, gdzie licho pochłonęło
pozostałą cześć ekipy, i upewniając się co do ich planów na dzień następny,
bowiem jakoś tak „za pięć dwunasta” (czyli chwilę przed moim wyjazdem) obiło mi
się o uszy, iż ekipa bydgoska zamierza zostać w Kraku o dzień dłużej – co,
biorąc pod uwagę i moją tamże bytność, stwarzało bez porównania lepsze warunki
do wypicia obiecanego piwa, niźli zatłoczone okoliczności mościckiego obiektu
sportowego.

Z racji faktu, iż tłum pod bramą gęstniał powoli i
systematycznie, pożegnałam się z dziewczynami i ruszyłam do towarzyszy,
pozostawionych na pastwę osobnika w wieku wyżej średnim, który średnio raz na
piętnaście minut upominał, żeby „nie gnieść mu dziecka” (progenitura miała na
oko lat dziesięć, i zasadniczo w miarę dalszego rozwoju sytuacji zaczęłam
szkrabowi współczuć). Zameldowałam się na zajmowanym poprzednio miejscu – i tak
oto rozpoczął się najbardziej wnerwiający moment całej eskapady, czyli oczekiwanie
na otwarcie wrót. (Nawiasem mówiąc, tu
właśnie jest odpowiedź na pytanie Agaty postawione w komentarzu do notki
poprzedniej, „gdzie w zasadzie się podziewałaś, ze się nie spotkałyśmy”.)

Ochroniarze z upodobaniem „bawili się” z rozgorączkowaną publiką, odsuwając
bramę o 30 cm,
po czym natychmiast ją zamykając; tłum rewanżował się swojskim „ku*wa mać, ile mamy stać?!”, gdzieś tam
z tyłu jakaś radosna grupka odśpiewywała kolejne kawałki, deszcz pokapywał z
nieba coraz mocniej, słowem – pełna symbioza. Aż w końcu otwarto wierzeje i
zaczęło się…

Kurtka na wacie. Na parę koncertów już wchodziłam, ale na
Boga, tarnowski zahacza o ekstremum. Raz, że brama dała się otworzyć do końca
dopiero po dłuższych machinacjach, dwa – ludzie stojący do tej pory z boku i
liczący nie wiadomo na co, ruszyli do ataku niczym dywizja pancerna – skutkiem
tego szybko zostałam odseparowana od ekipy, oraz zdobyłam mistrzostwo świata w
dziedzinie ratowania swoich żeber przed zgnieceniem. Po jakimś czasie (jak znam
życie, wszystkiego było góra pięć minut) dopchałam się do kontroli i po
dopełnieniu procedur, puściłam świńskim truchtem na płytę. Szczęśliwie tym
razem podbieg był standardowej długości – ale że po drodze rozjechałam się na
mokrej trawie, pobłogosławiłam Macierz, która (mimo porannego jobienia na mnie
ile wlezie) do torby z bluzami z własnej inicjatywy dorzuciła również glany – w
przeciwnym bowiem wypadku obawiam się, że bieg pod barierki zakończyłby się
urazem. Jednakowoż dopadłam upragnionego metalu, chyba z dziwacznym wyrazem
twarzy, bowiem panowie, którzy stali obok posłusznie się stlenili, a ja
rozciągnęłam na całą dostępną mi długość, jednocześnie wypatrując reszty ekipy.
Marysię ujrzałam po dłuższej chwili, Piotrek też dokłusował dobrą chwilę za
nią, natomiast co do Marty (siostry Marysi – tak, przewijają mi się w notce
trzy dziewoje o tym imieniu xD), zaczęliśmy podejrzewać, że się zgubiła albo ją
zgnietli, szczęśliwie wkrótce i ona zamajaczyła na horyzoncie.

Miejsce, jakiego dopadłam, nie było najszczęśliwsze – mniej
więcej w połowie „wybiegu”, stwierdziłam jednakowoż, że nie będę latać po
stadionie jak porąbana, bo mogę zostać z niczym. Toteż rozparcelowaliśmy się
przy przynależnym kawałku barierek, przywdzialiśmy pelerynki (ja), opcjonalnie
zapieliśmy szczelniej kurtki (reszta ekipy) – i rozpoczęło się oczekiwanie.
Support, którym okazała się Kobranocka, pojawił się na scenie względnie
punktualnie i wywiązał się ze swojej roli nader przyzwoicie. Znaczy się tak -
daleka byłam od klaskania uszami, widywałam już na tej pozycji lepsze kapele,
ale z drugiej strony – widywałam też dużo, dużo gorsze. Pewne znaczenie w
odbiorze miał też fakt, że panowie w znakomitej większości zdają się ciążyć
raczej w stronę – melodyjnego, ale jednak – punka, a to raczej nie jest
gatunek, przy którym umierałabym z zachwytu. Owszem, uchachałam się przy
„Liście z pola boju” (nawiasem mówiąc, dobrze było poznać autora xD), ze
zdumieniem odkryłam, że „Mówię Ci, że” i „I nikomu nie wolno się z tego śmiać”
też są ichnie (tak, wiem, mam tyły xD), posłuchałam paru sensownych nut, paru
nieco męczących – ale suma summarum nie płakałam specjalnie, gdy po mojej ukochanej
jeszcze ze szczenięcych czasów „Irlandii” panowie opuścili scenę.

Niestety, deszcz nie poszedł za ich przykładem, i chmury
zamiast zabrać się w jasną cholerę czy inną bliżej nieokreśloną siną a mroczną
dal, zebrały się nad stadionem, i dawaj wylewać na zgromadzoną publikę swoją
zawartość. W ten oto sposób, nim na telebimie pojawiła się migawka z San
Bernardino, oznaczająca początek koncertu, byliśmy już nieźle zmoknięci, a ja
zastanawiałam się, czy Skorpionom w tak niesprzyjających okolicznościach
przyrody w ogóle zachce się wychodzić na wybieg. O.o Okazało się, że i owszem,
panowie niewiele robili sobie z hektolitrów wody lejących się z nieba – może li
i jedynie nieco oszczędniej dawkowali podskoki na zalanej części sceny,
zrezygnowali z piramidy (i dymiącej gitary w „Blackout”), a pod koniec występu
Paweł nieomalże wywinął pięknego orła, z całą rozpiętością skrzydeł i
haczykowatym dziobem. W każdym razie… (tak, właśnie nadszedł moment, w którym
po wystukaniu sześciu stron wywodu zaczynam się zastanawiać, co tak właściwie
chciałam powiedzieć) może żeby wprowadzić jakąś chronologię – setlista. Były
wielkie plany i nadzieje na zmianę kilku kawałków na rzeczy rzadziej grane -
skończyło się, można powiedzieć, standardowo, czyli wbrew wszelkim nadziejom
set był taki sam, jak przez pół trasy, zbudowany na zasadzie „zaśpiewajmy coś,
co wszyscy znają”. Kurnaż, szkoda, ale tym bardziej cieszę się, że miałam
możliwość zaliczenia Ostrowa i Pragi. Jeśli chodzi o wykonanie – Scorpions to
jednak klasa, znakomicie dają sobie radę w każdych warunkach – niestety, nie
można tego powiedzieć o sprzęcie, który przy Holiday malowniczo łupnął. Padło
praktycznie wszystko – oświetlenie, bębny (co skonstatowałam po tym, że James w
momencie, gdy powinien śpiewać, miotał się zdezorientowany, a jego partię
przejął Rudi), zostały tylko gitary i wokal. Klaus nie stracił zimnej krwi,
stwierdził „it’s a holiday in the dark” i
poprosił publikę o wyjęcie komórek. :D Awarię szczęśliwie szybko usunięto, ale
już do końca koncertu sprzęt chodził, jakby chciał a nie mógł. *-*

I właśnie, dwa słowa o publice. Pojęcia nie mam, jak było w
innych częściach płyty, ale prawą stronę sektora A opanowało szalejące bydło
pozbawione skrupułów i przez większość czasu koncert był dla mnie bardziej
walką o przeżycie, niż zabawą. Dodatkowo, w bezpośrednim sąsiedztwie trafiła mi
się jakaś nawiedzona fotografka z idiotenkamerą, która najpierw zżymała się, że
„nic nie widzi” (gwoli ścisłości, była wyższa ode mnie), potem przez oba
koncerty robiła sobie ze mnie statyw (a ja już naprawdę resztką sił woli
powstrzymywałam się od rąbnięcia najpierw w tą łapę z aparatem, a potem pod
żebro), a w oczekiwaniu na support/gwiazdę główną tak wytrwale miętosiła się ze
swoim facetem, że chcąc nie chcąc uczestniczyli w tym wszyscy wokół. -_-‘
Ponadto gdzieś w połowie koncertu Marysia została ze swojego miejsca po prostu
wypchnięta przez jakąś nagrzaną fankę, i wraz z Piotrkiem odlecieli nam kilka
rzędów do tyłu – szczęśliwie ja i Marta jakoś trzymałyśmy się zdobytych
barierek. Jednakowoż nasze położenie zdecydowanie utrudniało zabawię, albowiem
każde puszczenie metalu w celu podniesienia ręki mogło wiązać się z uniesieniem
przez masę ludzką w tzw. piździec. *-*

Poza tym było, można by rzec, standardowo. James jak zwykle
porwał publikę swoim popisem perkusyjnym (a dołączona doń wizualizacja zaiste
ryje beret) – a przy okazji, przeglądając recenzje, natknęłam się na zabójcze
sformułowanie podsumowujące tenże, pozwolę sobie zacytować: „Na długo zapamiętamy rzecz jasna cały
koncert, jednak szczególnie wspominać będziemy popis perkusisty zespołu Jamesa
Kottaka. Urodzony w Stanach Zjednoczonych muzyk, który dzięki podnoszonej platformie
co jakiś czas wędrował kilka metrów nad scenę, wprawił publikę w swoistą
ekstazę swoim około dziesięciominutowym solowym setem, w trakcie którego
zaprezentował nie lada umiejętności. Owszem,
perkusyjne solo Kottaka nie było niczym nowym dla tych, którzy śledzą
pojawiające się od czasu do czasu na portalu YouTube.com filmiki z tejże trasy.
Różnica w przeżyciu i zobaczeniu tego na żywo jest jednak ogromna. To trochę
jak z oglądaniem filmu pornograficznego – niby wszystko widać, ale to nie to
samo…
(za tarnow.net.pl) Umarłam, pojęcia nie mam, skąd autor
artykułu bierze pomysły na metafory, ale mniejsza o to. xD Jak zwykle było też
obrzucanie publiki pałeczkami – i udało mi się zdobyć takowy artefakt już w
trakcie „The Zoo”. Jak zwykle było też zabieranie flag – i tym razem humor z
trzaskiem rąbnął mi o ziemię, bowiem moja flaga jako jedyna została zrzucona w
tłum. :/ Takie zachowanie jest bardzo rzadkie i nie powiem, żeby specjalnie
mnie ucieszyło, ale cóż…

Po „When The Smoke Is Going Down” Skorpiony zeszły ze sceny
na dobre, a stadion zaczął się wyludniać. Również i ja złapałam ekipę i
ruszyliśmy do „bazy”, trzęsąc się z zimna jak osiki mimo jakichś 5 warstw
odzieży. Marysin odłam rodzinny zaproponował nam rozgrzewający napój i coś do
wypełnienia pustawych żołądków – za co niech będzie mu chwała i nagroda w
dowolnie wybranych środkach. Przed pierwszą wpakowaliśmy się do samochodu i
ruszyliśmy w drogę powrotną. Tym razem minęła ona o wiele szybciej (a ja
podziwiam z całego serca Piotrka, że był w stanie prowadzić – osobiście większą
cześć drogi spędziłam drzemiąc, podobnie Marta) i w Krakowie znaleźliśmy się po
godzinie z hakiem. Znalezienie hostelu o wzniosłej nazwie Juvenia zajęło nam
jednak dłuższą chwilę – obiekt był tak przemyślnie ukryty, że gdyby nie
wskazówki, rzutem na taśmę wyczytane ze strony internetowej, krążylibyśmy w
rejonie Błoń do uśmiechniętej śmierci. Nawiasem mówiąc, kiedy dziewczyny
zdecydowały się mnie podprowadzić (pod sam budynek prowadziła droga wewnętrzna,
z zakazem wjazdu dla większości pojazdów), miny miałyśmy niewyraźne, bowiem
jedynym obiektem, który wydawał się żyć był nieco obskurnie wyglądający
baraczek. Jednakowoż gdy po chwili ujrzałam w przeszklonej palarni tegoż Kam,
odprawiłam dziewczyny, pewna że co by się nie działo dalej, to towarzystwo i
graty mam pod bokiem. ;)

Po przybyciu sił miałam jeno na tyle, aby przedstawić się
części towarzystwa, która kręciła mi się na widoku, pociągnąć z podstawianych
pokali z piwem, dowiedzieć się, że właśnie dogorywa impreza, przebrać w łachy
do spania i rymnąć w piernaty – a i tak to ostatnie stało się w okolicach 4:00. xD No i z tym „rymnięciem w
piernaty” to też daleko posunięta hiperbola. Bowiem gdy Kam zaciągnęła mnie za
frak do pokoju, oczom mym ukazała się wysoce klaustrofobiczna klitka, z trzema
łóżkami piętrowymi o średniej stabilności; ponadto żeby wejść na górne łóżka,
potrzebna była sprawność alpinisty. Jednakowoż byłam zbyt styrana, żeby wydać z
siebie jakikolwiek dźwięk niezadowolenia, ze zwinnością ociężałego pająka ulokowałam
się na przydzielonej mi górnej pryczy i zadowolona, że mam łóżko, kołdrę i
poduszkę, zapadłam w sen. Następnego ranka miałam okazję dokładniej przyjrzeć
się infrastrukturze hostelowej i niespecjalne wrażenie nieco opadło. Nie, pokój
magicznie nie urósł, zejście z górnej pryczy też nie zrobiło się mniej
ekwilibrystyczne, ale za to zlokalizowałam dobrze utrzymaną kuchnię, wyposażoną
w czyste naczynia, co w trakcie wszelkich moich wojaży po Polsce nie zdarzało
się zbyt często. Za kuchnią znajdowała się spora, przyjemna świetlica, a
naprzeciwko wejścia – coś na kształt minibaru (co w nocy nie zwróciło mojej
uwagi xD). Doprowadziłam się do stanu wyglądalności i wraz z resztą ekipy
ruszyłam radośnie na Rynek, odbierając w drodze proroczego sms-a od Macierzy (w
reakcji na moje „Idziemy na miasto” dostałam: „I pewnikiem na całość :-D :-D.
Tylko nie śpiewajcie na wiele głosów. :-D :-D”). W okolicach południa
stawiliśmy się w komplecie pod pomnikiem Mickiewicza, a gdy okazało się, że
jeszcze parę sztuk ma dojechać i mamy pi razy oko godzinę czasu, zostałam przez
Kam porwana za frak do uroczej pierdółkarni, i naprawdę wiele samozaparcia
kosztowało mnie nie pozostawienie tam 2/3 posiadanych aktywów :D

Wróciliśmy pod pomnik, przywitaliśmy się z nowoprzybyłą
częścią ekipy (oczywista, cały czas robiąc pamiątkowe zdjęcia), po czym
zdecydowaliśmy, że ruszamy pod Smoka. Znaczy, mieliśmy ruszyć pod Smoka, to
zaszliśmy na Wawel, ale ostatecznie jakiś czas i ileś fotek później
zawędrowaliśmy również pod flagowy produkt Grodu Kraka. Tam nastąpiło zrobienie
pamiątkowych grupowych fotek, po czym – zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami -
odłączyłam się od stada, z przykazem pojawienia się na Rynku o 18:00. Jeden telefon i kilkanaście
minut później już wpadałam w objęcia ekipy bydgoskiej (tym razem w pełnym
składzie), po czym… wróciłam zeń na Wawel. xD Nawiasem mówiąc, pierwszy raz
udało mi się zobaczyć coś więcej niźli tylko zabudowania z zewnątrz – Marta
zaordynowała oglądanie Katedry, Dzwonu Zygmunta i grobów królewskich, co okazało
się dobrym posunięciem – a przy okazji dostarczyło nam sporo radości, zwłaszcza
w segmencie wspinania się na Sigismund Bell. Wejście tam polega bowiem na
drapaniu się w pozycji „chińskie dzień dobry” po wąskich schodach o sporym
nachyleniu, połączonym z przeciskaniem się przez wąziutkie szczeliny między
belkami podtrzymującymi całą konstrukcję a ścianą, mającymi w założeniu być
przejściami. Dotarłszy natomiast na szczyt wieży, ujrzeliśmy widok nieomalże
cyrkowy, albowiem jakaś dziewoja z upodobaniem wieszała się na dzwonie, każąc
te akrobacje uwieczniać towarzyszce/towarzyszom. Szczerze mnie to zastanowiło,
aczkolwiek rozwiązanie zagadki znalazłam w niedzielę czy tam w poniedziałek,
kiedy to relacjonując Koegzystentce X przebieg wyprawy, zostałam zapytana, czy złapałyśmy
za serce dzwonu. Okazało się bowiem, że zmacanie Zygmunta ma przynieść
macantowi 7 lat szczęścia. Pożyjemy, zobaczymy… xD Odwiedziliśmy jeszcze Smoczą
Jamę („Kiedyś smokowi trzeba było przynosić dziewice i owce, teraz sam zarabia
na żarcie”, jak skomentował Mateusz czynność kupowania biletów) – i nawiasem
mówiąc, z jakiegoś powodu zrobiliśmy z tego taką komedię, że Pan Wpuszczający
ledwo powstrzymał się od buchnięcia śmiechem. :D Następnie udaliśmy się do bazy
Terror Triplets – i wprawdzie początkowo miałam towarzystwo podprowadzić na
miejsce i ruszyć na Rynek, ale skwapliwie skorzystałam z zaproszenia na
herbatkę. Radosne pogaduchy na tematy wszelkie zakończyliśmy, gdy przyszła pora
zajęć w podgrupach (czytaj: Twisted oddalała się poznawać kolejne uroki Krakowa
w innym nieco towarzystwie, a i ja musiałam myśleć o ruszeniu zwłok, jeśli w
nieszczęsnym Media Aetas chciałam zastać coś więcej, niż kurzęce kości i
opie*dol od towarzyszy :D). Do drzwi odprowadził mnie jedyny w swoim rodzaju
psalm pożegnalny – ale nawiasem mówiąc, nie uszłam specjalnie daleko, gdyż po
zbiegnięciu trzech kondygnacji zatrzymałam się, by zamienić parę słów z
czekającym już na Twisted Towarzyszem. xD Jakieś dwie minuty później, gdy przed
hotelem pojawiła się i rzeczona, nastąpiły już naprawdę pożegnalne hugi, po
czym dwójka ruszyła w swoją stronę, a ja ustawiłam tempo na świński trucht, a
wewnętrzny GPS na Rynek.

Przetruchtałam może z 200-300 metrów,, kiedy
odezwał się mój komórczak – Kam radośnie stwierdziła, że dobra, ja powiadomiłam
o planowanym spóźnieniu, ale gdzież do wszystkich diabłów jest połowa ekipy xD
Stwierdziłam, że nie wiem, ale zdążam na miejsce spędu – i kilkanaście minut
później dałam się złapać Siostrze, która wprowadziła mnie do gospody noszącej
dumną nazwę Media Aetas pod Świętym Janem Kapistranem. Powiem tak – knajpa
niesamowicie klimatyczna i na pewno warta odwiedzenia, jednakowoż upchnięto nas
w trochę mikrej sali – miałam sporu problem z sensownym umiejscowieniem się
między współbiesiadnikami siedzącymi jak kukułki nad Wyborczą, i pozycję inną
niż okrakiem na ławie udało mi się zająć za trzecią próbą (przy okazji prawie
zaplątałam sobie nogi na supeł, nie pytajcie xD). Wbrew obawom (xD), kura
przynależna naszej grupie nie była nawet ruszona, toteż radośnie zabrałam się
do pałaszowania, konstatując jednakowoż , że obsługa restauracji zrobiła nas w
bambuko w kwestii jednego ze składników, khem, półmiska (dość sporego) -
mianowicie brakowało… marcheweczek, na które sadziło się kilka osób, a element
pomarańczowy stanowiła za to… dynia. xD Dodatkową atrakcją wieczoru byli
grajkowie – a że ostatnia nuta, jaką zagrali, jako żywo była tym, co
Blackmore’s Night wzięło sobie jako linię melodyczną do „All For One” -
momentalnie poczułam się jak u siebie. Grajkowie jednakże nie zabawili u nas
długo – może dlatego, że jednak zbyt zajęci byliśmy wcinaniem i niespecjalnie
dbaliśmy o nagradzanie ich oklaskami. xD W knajpce spędziliśmy sporo czasu – i
było, jak to na zlotach – dużo rozmów, śmiechu, zdjęć, humoru sytuacyjnego
(jakoś tak wszyscy umiłowali sobie stojącego w sali żubra/bizona; a
obowiązkowym punktem zwiedzania były toalety – i to nie tylko ze względu na nie
dające się powstrzymać potrzeby), a piwo lało się strumieniami, żywcem jak
kilka wieków wstecz. Nawiasem mówiąc, instytucja „małego” piwa tam nie istnieje
- pojemność kufla zaczynała się od 0,75 l (co widząc, stwierdziłam, że ja może tym
razem soczek – i byłam miło zaskoczona, otrzymując prawdziwy sok wiśniowy, kwaśny jak sto pięćdziesiąt choler i
wyglądający jak to, co produkowała moja Macierz lata temu, kiedy z wypadu do
rodziny nawiozłam 10 kilo wiśni xD). Jedyny lekki zgrzyt wystąpił przy końcu,
kiedy w jakieś diabły oddaliło nam się kilka sztuk, w tym nieszczęsna Kam,
która uczyniła to, nie mając telefonu pod ogonem – skutkiem czego ja i jej +1
się na nią wkurzyliśmy, ale skończyło się na tym, że wzmiankowana poburczała,
poburczała, ja stwierdziłam, że jest niepoważna, ona – że ja jestem panikara; a
ostatecznie i tak wróciłyśmy do hostelu w najlepszej komitywie, wyjąc
„Anyplace, Anywhere, Anytime”. xD (Nawiasem mówiąc, widok grupy około
dziesięciu osób lecącej ciemną nocą w eleganckim sznureczku po białej linii
oddzielającej ścieżkę dla pieszych od tej dla rowerów – bezcenny :D)

Jakimś cudem położyliśmy się spać wcześniej, ale i tak
ruszyliśmy się z łóżek w okolicach 11:00
- a prawdziwego przyspieszenia dostaliśmy, gdy okazało się, że o 10:00 mieliśmy się już wymeldować.
xD Zebraliśmy się względnie szybko i chcąc, nie chcąc (pogoda nie zachęcała -
znów lało jak z cebra), ruszyliśmy do centrum. Sporo czasu zeszło nam na
kombinacjach z cyklu: poszukiwanie „ściany płaczu”/zakup biletów powrotnych, i
gdy w końcu zebraliśmy się wszyscy w McDonaldsie na Floriańskiej, zebraliśmy
wszyscy razem i każdy z osobna opiernicz od Luth za spóźnienie. Nie
posiedzieliśmy długo w przybytku konsumpcji – ekipa śląska bowiem ewakuowała
się pociągiem o 15:30,
toteż po zarzuceniu pożegnalnych „misiów”, ruszyliśmy na dworzec. Droga
powrotna przebiegła bezproblemowo, i tak po jakichś dwóch godzinach wytoczyłam
się na zabrzańskim dworcu, by po kolejnym kwadransie tradycyjnie paść w
drzwiach mieszkania, po czym zacząć wyjmować z plecaka graty, które od kilku
dni domagały się porządnego wysuszenia. Tym sposobem kolejny z „eurotripów” można
uznać za zamknięty.

Początkowo miałam co do całego wyjazdu (zwłaszcza jego
części zagranicznej) mocno mieszane uczucia, ale spoglądając nań z perspektywy
czasu (w momencie, gdy nieśmiało zbieram się do postawienia ostatniej kropki,
jest piątkowy wieczór) stwierdzam, że jednak było warto. (Podejrzewam, że
pewien wpływ na to miał również fakt, że mogłam w końcu porządnie wyschnąć… :D)
W końcu, momenty o, że tak powiem, dyskusyjnej atrakcyjności, prędzej czy
później pójdą w niepamięć, a fajne wspomnienia zostaną. Mimo wszystko dobrze
było znaleźć się w Koszycach, odwiedziny w podtatrzańskiej wiosce po latach
przerwy też w sumie wyszły mi raczej na dobre; zaliczyłam kolejny koncert
ulubionej kapeli (w końcu, kto wie, czy nie ostatni?), poznałam kilka fajnych
osób na zlocie, i przede wszystkim – słynne Terror Triplets, z naciskiem na Twisted,
znaną mi wirtualnie przez jakiś kosmicznie długi czas. I choćby dlatego warto
było ruszyć ogon poza obręb ciepłego wyrka – w końcu na takie wyrypy nie jeździ
się po to, żeby się wyspać, tudzież konserwować w cieplarnianych warunkach, a
po to, żeby się po prostu dobrze bawić i pracować na przyjemne wspomnienia – a
takowe na pewno przytargałam w przemoczonym plecaku. :)




A szafa gra:
Metalindę, która uparcie nie chce się ode mnie odczepić, i Smokie, za sprawą
Macierzy, odkrywającej uroki Youtube.com i chomikuj.pl xD

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

So tell me – how do you feel tonight?!

21 cze

No i mamy czerwiec. Jakkolwiek to nie zabrzmi, czekałam na
ten miesiąc, jak chyba jeszcze nigdy, bowiem dziwnym trafem zdawał się on być swego
rodzaju wytchnieniem po mało ciekawych i bardzo w ostatecznym rozrachunku
stresujących kwietniu i maju. Tak, ja wiem, że gdzieś tam na horyzoncie majaczy
sesja; ale w tym roku podchodzę do niej na zasadzie „będzie, co ma być”, bowiem
zdecydowałam o przeskoku na magisterkę z politologii i pożegnaniu się z
administracją. Zresztą, podejrzewam, że w przeciwnym wypadku wykończyłabym się
nerwowo, dzięki naszemu „umiłowanemu” profesorowi z prawa ochrony środowiska,
który jak mniemam postara się o to, aby uczelni nie zabrakło kasy z warunków -
i to już nawet nie tych wynikających z niezdanego egzaminu, ale z niezaliczenia
ćwiczeń *-* No ale, nie mówmy zbyt dużo o rzeczach przykrych. Pierwszego
czerwca wyprawiłam Protoplastę do Australii, i po ponad dwudziestu czterech
godzinach oglądania samolocików (Boże, błogosław tych, co w Lufthansie
wymyślili system śledzenia lotów!) i karmienia się środkami na uspokojenie,
otrzymałam telefon, iż Rodziciel wylądował w Brisbane cały i zdrowy. Siedzi tam
już trzy tygodnie – i mówcie co chcecie, ale mogłabym się założyć, że po lekku
mu się nudzi. :D Wprawdzie nie powiedział tego wprost, ale widać, że tęskni za
jakąś konkretną robotą, a do niańczenia wnuków, jak „kapitalne” tudzież „bezbłędne”
by nie były, nie przywykł. :D Poza tym – polskie krówki zrobiły na Antypodach
furorę; a Sylwia w ramach urozmaicania Ojcu czasu zabiera go na jakieś
zjazdy/parady samochodów, opcjonalnie motocykli – zdjęcia z eventów lądują
potem na Facebooku, a ja na to mam takiego gula, że oboje do spółki natrząsają
się ze mnie pół godziny. (Tak, na okoliczność ojcowego wyjazdu nie tylko
odgruzowałam Skype’a, ale nawet zaopatrzyłam się w kamerkę – co nie zmienia
faktu, że dalej nie pałam jakimś szczególnym uwielbieniem do tej formy
komunikacji.) A co jeszcze lepsze, Macierz, chyba zgodnie ze starą zasadą „kota
nie ma, myszy harcują”, odkrywa uroki YouTube i co wieczór urządza mi radosne
koncerty. xD

Wprawdzie początkowo, jak chałupa tak opustoszała, ogarnął
mnie lekki dół, marazm i poczucie namacalnej wręcz ch*jni, będące wypadkową
ostatnich (przynajmniej) trzydziestu dni, ale jak to powiedział klasyk, „życie
jest jak pudełko czekoladek – nigdy nie wiadomo, co ci się trafi”. I tak oto,
najzupełniej niespodziewanie, ileś tam godzin i jedną najzupełniej wariacką
akcję później, pasek naładowania akumulatorów znów osiągnął właściwy poziom,
humor powrócił na prawidłowe rejestry wyższe od zera, czy tam innego „dolnego
poziomu stanów niskich” i życie znów stało się jeśli nie piękne, to
przynajmniej łatwiejsze do zniesienia. Jednak, jako że w życiu nie ma nic za
darmo i wszystko ma swoje „zady i walety”, skutki eskapady odczułam bardzo
boleśnie już dzień – dwa później. Otóż fakt, że dokuczają mi kolana nie jest
nowością ani tajemnicą. Wprawdzie w pewnym momencie poprawiły się na tyle, że
mogłam dać sobie chwilowo spokój z obnaszaniem usztywnień, ale jakieś parę
miesięcy temu, przy którejś potańcówce, trochę je nadwyrężyłam i od tamtej pory
przypominały o sobie w różnych odstępach czasu. Ostatnio te odstępy stawały się
coraz krótsze, aż po ostatniej akcji, w trakcie której bynajmniej nie obeszłam
się z nimi litościwie, stwierdziły, że skończył się dzień dziecka. Usztywnienia
musiały wyjść z pudełek, wraz z nimi powrócił dotychczasowy zwykły dlań
dyskomfort – ale co gorsza, okazało się, że nogi odrobinę mi stężały i oprócz
całego szeregu utrudnień pojawiło się najuciążliwsze – nie mija kilka minut od
założenia ortezy, a zaczynam tracić lekko czucie w stopach. :/ Nie na tyle,
żeby nie móc się poruszać, ale jednak. Biorąc pod uwagę, że w perspektywie
miałam wyczekiwany od pół roku koncert, sytuacja nie wyglądała na oblaną
purpurowym blaskiem…

Poniedziałek, 13 czerwca 2011. Ledwo tylko otworzyłam jedno
oko, dobiegło mnie „Dziś w Rybniku
odbędzie się koncert Bryana Adamsa…”
i dalej informacje o zamknięciach
ulic, parkingach i możliwych utrudnieniach. Szczerze chciałam zwlec się z łóżka
o szóstej rano i pod bramą
stadionu być o 10:00, ale
mój organizm wykorzystał chyba zmagazynowane na czarną godzinę resztki zdrowego
rozsądku i w związku z tym na ten wczesny bus najzwyczajniej w świecie
zaspałam. Do następnego autobusu miałam czasu a czasu, toteż spokojnie mogłam
rozwiązać palący problem pod tytułem „co zrobić z kolanami” – i tym razem obie
opcje wydawały się równie złe. Po długich dysputach z siłą fachową pod postacią
Macierzy zdecydowałam, że skoro czeka mnie ponad dwanaście godzin rajdu, w
trakcie którego przynajmniej raz będę musiała wykazać się rączym galopem, to
ryzyk fizyk – łykam końską dawkę środków przeciwbólowych i niech się dzieje
wola boska. Jak zdecydowałam, tak zrobiłam, i wyruszyłam do Gliwic. Tam w
pobliskim centrum handlowym uzupełniłam zapas jedzenia, po czym popełzłam na
dworzec autobusowy i zastygłam w oczekiwaniu na PKS do Rybnika.

Gdy po bliżej nieokreślonym czasie na stanowisko wtoczył się
zmęczony życiem krążownik szos klasy „stary gruchot”, przez tyłoglowie
przemknęło mi podejrzenie, że droga będzie ciężka, nawet mimo niezbyt
powalającej odległości. I znowuż – nie lubię mieć racji w takich momentach.
Przez mniej więcej połowę trasy kierowca zajmował się dosłownie wszystkim,
jednak prowadzenie pojazdu w którym się znajdował, zajmowało tylko ułamek jego
świadomości. Podstawową czynność stanowiło natomiast przeliczanie waluty
wyciąganej z kolejnych portfeli, umiejscowionych za siedzeniem. Jak raz, drugi,
trzeci zniosło nam tą kupę blachy na pobocze, moja dusza wylazła na ramię i
zaczęła szykować się do ucieczki; szczęściem w końcu kierowcy skończyły się
zasobniki waluty i z braku innego zajęcia dla rąk położył je obie na kierownicy.
*-* W trakcie tej drogi przez mękę dostałam sms od Agaty z pytaniem gdzie
jestem, bo ona się już zanudza pod stadionem – szczęśliwie jakiś kwadrans
później i ja zobaczyłam przez szybę koczujące grupki, z pieśnią na ustach
opuściłam wehikuł i radośnie podreptałam zasilić szeregi kwitnących pod murem
desperatów. Znalezienie Agaty nie sprawiło mi najmniejszego problemu, toteż po
zarzuceniu okolicznościowego misia i zapoznaniu się z jej towarzyszką, B.,
ulokowałam się pod ścianą w tymże doborowym towarzystwie. Za chwilę dopełzła do
nas A. – organizatorka akcji zbierania podpisów na koszulce. Owa koszulka miała
się następnie znaleźć na scenie, ale – uwaga, spoiler – jak się okazało, Bryan
niespecjalnie chyba lubi, jak coś mu na scenie ląduje, toteż szmata wierzchnia
ostatecznie pozostała gdzieś w królestwie ochroniarzy. Okazało się również, że
dla sektora „A” utworzył się swoisty komitet kolejkowy, toteż dałam sobie
nagryzmolić wołami na ręce „43”.

Reszta czasu minęła mi na radosnych pogwarkach z tymi i
owymi, opcjonalnie próbach znalezienia najwygodniejszej pozycji, i przede
wszystkim – na unikaniu wszelkich kamer i aparatów. Kręciło się tam ich od
groma i jeszcze trochę, a my (w sensie, ja, Agata i B.) z uporem maniaka
udawałyśmy nieożywione elementy krajobrazu. Niestety kamerzysta TVP Katowice
niespecjalnie dał się nabrać i podszedł również do naszej, wyizolowanej nieco
grupki. Zapytałam, czy oznacza to, że się nie wywiniemy, a gdy ów potwierdził,
z pewną rezygnacją stwierdziłam, że może się chociaż flagą przylansuję i wyciągnęłam
biało-czerwoną płachtę. Na ten gest zaraz podbiegła reporterka (z radosnym
zapytaniem „Macie flagę?”) – i w rezultacie odbyliśmy krótką pogawędkę, tyczącą
się między innymi „fochów” różnych komercyjnych mediów. Wszystko byłoby ładnie,
pięknie, cudownie wręcz, gdyby jakieś dwie i pół godziny przed planowanym
otwarciem bram nie przegoniono nas z wygrzanych miejscówek do drugiego wejścia,
po innej stronie stadionu. Niespecjalnie szczęśliwa podreptałam więc za stadem,
ustawiłam się w miejscu, które można by określić jako akceptowalne (ostatecznie,
stosując metodę subtelnego rycia się byłam trzecia w swoim „korytku”) – i z
przerażeniem obserwowałam to, co przede mną. (Zanim jednak dotarłam do
dogodnego punktu obserwacyjnego, zostałam zgarnięta przez jeszcze jedną kamerę
- panowie reporterzy chcieli usłyszeć jakiś kawałek Bryana – i ze sporej grupki
nagle tylko dwie osoby odważyły się wydać z siebie głos. xD Oczywiście, jak już
myślałam, że te moje popisy artystyczne jednak nie ujrzą światła dziennego, A.
wykopała filmik, gdzie wyję, a oprócz tego radośnie ogonkuję i w końcu
przylepiam się do barierek. xD) W każdym razie, widok, jaki ukazał się moim oczom
zakrawał na traumę życia – na oko 200-300 metrów podbiegu. (Ja
wiem, że dla normalnego człowieka nie byłoby to nic nie do pokonania, ale dla
mnie i mojej astmy górną granicą możliwości szybkiego biegu jest 60-100 metrów, potem
wypluwam płuca. *-*) Początkowo miałam wrażenie, że dla dopełnienia obrazu
nędzy i rozpaczy po drodze umieścili jeszcze schody, ale szczęśliwie to był
tylko spad.

Zbliżała się magiczna 18:30,
Agata i B. po rozwiązaniu wszystkich dostępnych krzyżówek dołączyły do mnie w
ogonku (żeby nie było – chciały mnie zmienić wcześniej, ale ja radośnie
stwierdziłam, że teraz ruszę się tylko w jednym kierunku, mianowicie w przód).
Pan z ochrony kilkukrotnie powtórzył, że czerwone opaski na płytę B, żółte na A
i że bez tych papierów nie ma przejścia dalej – i wreszcie otwarto bramy!
Dostałam przydziałową oczo*ebnie żółtą bransoletkę i ruszyłam…! W sensownym
tempie przeleciałam prostą, ale jak za pierwszym i drugim zakrętem nie
zobaczyłam płyty, moje płuca gwałtownie zaprotestowały przeciwko próżnemu
wysiłkowi i musiałam ograniczyć się do szybkiego marszu. Przez upiornie długą
chwilę ogarnęły mnie wku*w i rezygnacja, aż za którymś kolejnym zakrętem
ujrzałam wreszcie upragnione barierki i to dodało mi sił witalnych. Ruszyłam
marnym galopem, pomachałam biletem przed nosem pani ochroniarz, odpędziłam
miłych chłopców chcących mi wcisnąć jakowąś gazetkę i wreszcie dopadłam upragnionego metalu. Naprawdę, przez dłuższą
chwilę walczyłam z pokusą zwalenia się na kolana i ucałowania tych
nieszczęsnych odgrodzeń, ostatecznie wyrównałam tylko oddech i zabrałam się do
wywieszania flagi. Jeszcze dobrze nie skończyłam, już podleciał jakiś
fotoreporter i to uwiecznił, a dopiero po chwili jedna z współkoncertowiczek
zwróciła uwagę, że flaga wisi odwrotnie, tj. napis jest w lustrzanym odbiciu…
-_-‘ (szczęściem, zdjęcie nie ujrzało światła dziennego.) Niedługo potem
pojawiła się również wzmiankowana wcześniej reporterka TV Katowice, do spółki z
kamerzystą; niesamowicie się ucieszyła, widząc flagę, pogratulowała barierek,
zapytała, gdzie koleżanki i szybko machnęła krótki wywiad ze mną i z
dziewczynami po mojej prawicy oraz lewicy. A co do miejsca – udało mi się złapać
barierki po prawej stronie sceny. W pierwszym odruchu pomyślałam, że mogło być
lepiej, ale ostatecznie chyba nie trafiłam źle. Primo, spotkałam się z głosami
tyczącymi się kiepskiej akustyki w okolicach środka (z boku wszystko było
słychać jak trzeba), a secundo – stałam prawieże na wprost jednego z mikrofonów
rozstawionych po bokach, do których co jakiś czas podbiegali Bryan i Keith. Także,
nie było co narzekać. :)

Rozpoczęło się oczekiwanie na suport – a moje nieszczęsne
kolana dały o sobie znać ze zdwojoną siłą. :/ (Finalnie tak Kasię Kowalską jak
i Bryana praktycznie przestałam, z obawy przed jakimś poważniejszym urazem
spowodowanym podskokami – i to był jedyny znaczny minus całej eskapady.)
Dłużące się minuty spędzaliśmy… obserwując telebim, na którym wyświetlały się
posty z Twittera Bryana. Sama chciałam coś wrzucić, choćby tylko po to, żeby
zobaczyć, czy i kiedy się pokaże, ale zanim przypomniałam sobie login i hasło,
na scenę wyszła (po 15-minutowym spóźnieniu) Kasia Kowalska.

Powiem tak – nie przepadam za nią, uważam, że była
niespecjalnie trafionym suportem (IMO dużo lepiej na jej miejscu wyglądałyby
np. Wilki), ale w ostatecznym rozrachunku nie wypadła aż tak tragicznie, jak
można by się było spodziewać. Przy nowszych kawałkach, które należą do
szerokiej kategorii „słaby przysmęt” publika nie reagowała specjalnie
żywiołowo, wzrost zainteresowania nastąpił natomiast przy coverach Republiki
(które wyszły całkiem nawet przyzwoicie), tudzież jej własnych starszych
kawałkach. Ale jak nietrudno się domyślić, publiczność nie płakała specjalnie,
kiedy Kowalska zeszła ze sceny (mimo spóźnienia dała pełnowymiarowy koncert, a
potem się wielce dziwiła, że wraz z techniką dostała ochrzan od ekipy Bryana za
poślizg). Przez to odwołano również oficjalne wręczenie złotej płyty
Carrantouhill, a i Adams jak już wyszedł, to lekko po czasie… Ale zanim
wyszedł, ponownie atrakcją stał się telebim z Twitterem – ludzie zaczęli
przesyłać pozdrowienia, wyznania miłosne, tudzież inne informacje wagi
państwowej („Wpisy u Zielińskiego jutro o 15:00!”); również i niżej podpisana
wreszcie przypomniała sobie login i hasło do serwisu, i postanowiła coś wysłać
- jak postanowiła, tak zrobiła i nie minęło kilka minut, jak mój pyszczek
ukazał się na telebimie pośród innych wpisów. xD

No ale my tu gadu, gadu, bla, bla, bla, a czas uciekał,
wybiła magiczna 21:00 i
circa kwadrans później na scenie pojawili się Bryan, Keith, Mickey (którego
przyuważyłam w sumie dopiero, jak się wychnął zza bębnów przy przedstawianiu
zespołu), Norm (robiący wrażenie niesamowicie znudzonego życiem w ogóle, a
graniem w szczególności) i Gary. Setlista (za Setlist.fm) przedstawiała się
następująco: 

 

         House
Arrest

         Somebody

         Here I Am

         How Do Ya
Feel Tonight

         Can’t Stop
This Thing We Started

         I’m Ready

         Thought I’d
Died and Gone to Heaven

         Hearts On
Fire

         Let’s Make
a Night to Remember

         18 ’til I
Die

         Back to You

         Summer of
’69

         (Everything
I Do) I Do It for You

         Cuts Like a
Knife

         It’s Only
Love

         Please
Forgive Me

         When You’re
Gone

         Heaven

         The Only
Thing That Looks Good on Me Is You

         Encore:

         Run to You

         You’ve Been
a Friend to Me

         Cloud #9

         The Way You
Make Me Feel

         Straight
from the Heart

 

Słowem – zbudowana na zasadzie „zaśpiewajmy coś, co wszyscy znają”
- i bardzo dobrze, gdyż obawiałam się, że 
przy dużej dawce ostatnich płyt, które niespecjalnie mi wchodzą, będę
mogła przybrać na twarz jedynie wyraz uprzejmego zdziwienia. „House Agrest” na
początek wypadło świetnie, a dalej było już tylko sympatyczniej – „How Do Ya
Feel Tonight” wypadło bez porównania lepiej w stosunku do wersji albumowej,
„I’m Ready” było miłą niespodzianką, a przy następnym kawałku nastąpił fangirl
moment życia i zejście śmiertelne ze szczęścia, albowiem „Thought I’d Died And Gone
To Heaven” jest jednym z moich absolutnie ukochanych utworów B.A., zaraz po
„Summer of ‘69” i „Heaven” – a w odróżnieniu od nich nie jest wcale koncertowym
pewniakiem. (Jakby jeszcze gdzieś tam „Do I Have To Say The Words” się
przewinęło, to już w ogóle byłby szczyt szczytów szczęścia i worek pomarańczy,
tak BTW xD). Przy „Hearts On Fire” Bryan z Keithem zaczęli się pojedynkować na
gitary i zaiste, poza niewątpliwymi walorami muzycznymi wyglądało to zabójczo,
zwłaszcza jak Bryan przewrócił Keitha, po czym udawał, że dobija go gryfem. :D
(Keith oczywiście cały czas grał…
:D) I oczywiście panowie cały czas biegali po scenie – o ile Norm sterczał jak
słup, a Mickey i Gary z konieczności niespecjalnie się ruszali, to Bryan i
Keith w dziedzinie maratonu scenicznego bili rekordy tria Meine / Schenker /
Jabs. :D Co więcej – cały występ miał niesamowite tempo. Były plany, żeby po
pierwszym utworze zaśpiewać fragment „I’ll Always Be Right There”, oczywista ze
stosownie zmodyfikowanym tekstem, ale po prostu się nie dało – piosenka szła za
piosenką, cały czas w tempie, dopiero w miarę trwania koncertu Bryan zaczął
nawiązywać jakikolwiek kontakt z publiką (i okazało się, że zna całe trzy
polskie słowa – „cześć”, bodaj „dziękuję” i „pamiętam” xD). Do „When You’re
Gone” wyciągnął z tłumu jakąś dziewczynę, która z zadaniem zaśpiewania tegoż
poradziła sobie całkiem nieźle – chociaż publika niespecjalnie się ucieszyła,
słysząc, że dziewczę jest mieszkanką stolicy. xD

Właśnie – dwa słowa o publiczności. Nie będę się bawić w rozkminianie,
czy było 8, 10 czy 12 tysięcy ludzi, czy płyta / trybuny były pełne, czy puste
- sektor A był nabity do ostatniego miejsca – i chwalić Boga, ludźmi, którzy
wiedzieli, po co przyjechali. Ledwo tylko rozbrzmiały pierwsze akordy, tłum
ruszył radośnie skacząc, śpiewając, wymachując kończynami – i nie, nie było to
jakieś popieprzone pogo (a do tej pory, wyłączając może ostrowski koncert
Scorpions, wszyscy dalej niż w pierwszym rzędzie albo wściekle pogowali, albo
stali jak kołki). Po prostu ileś tysięcy ludzi ładnie się bawiło, nie
uszkadzając przy tym współkoncertowiczów.

Po „The Only Thing That Looks Good On Me Is You” Bryan i
zespół zeszli ze sceny, by szybko nań powrócić i zaserwować nam jeszcze
kilkanaście minut dobrej zabawy. „Run To You” zostało przyjęte entuzjastycznie,
a koncertowa wersja „Cloud #9” jest chyba najlepszą, jaką do tej pory
słyszałam. Po „Chmurce” Keith, Gary, Mickey i Norm zawinęli się na dobre, a
Bryan postanowił zagrać nam jeszcze coś – przedtem prosząc wszystkich o wyciągnięcie…
telefonów komórkowych. O tempora, o mores – kiedyś rolę światełek na koncertach
pełniły świece (patrz choćby niezapomniana Moskwa ’89), zapalniczki, a teraz
żeby zrobić „nastrój” świeci się komórkami… :D Myśleliśmy, że na „The Way You
Make Me Feel” się zakończy, ale szczęśliwie Bryan chyba stwierdził, że taka
fajna publiczność zasługuje na jeszcze jeden utwór, posłuchał próśb
wywrzaskiwanych głównie zza moich pleców, do gitary dołożył harmonijkę i
zaśpiewał „Straight From The Heart”. Po czym pożegnał się na dobre. I nie, tym
razem nie będzie historii jednej flagi – BA chyba niespecjalnie lubi, jak
cokolwiek leci mu na scenę, gdyż rzucane tam pluszaki nie wzbudziły
jakiegokolwiek zainteresowania, a moja prośba o podanie flagi (zamiast
trąbionych 1,20 m
do sceny były jakieś 3-4, a
flaga była na tyle lekka, że pamiętając Ostrów, gdzie cięższa płachta spadła po
jakichś 2 metrach,
nawet nie próbowałam rzucać) spotkała się niestety z odmową. Znaczy, żeby oddać
sprawiedliwość ochroniarzowi – po pytaniu podyrdał na drugi koniec sceny
upewnić się, co z tym zrobić, chęci miał szczere – ale nawiasem mówiąc, jak
dowiedziałam się, że pewna grupka już od lat jeździ z tym samym transparentem; oraz że flaga, której udało się wlecieć na
scenę w Berlinie, została zeń zrzucona – nawet nie nastawiałam się specjalnie
na kolejny „grzbiet” do kolekcji. xD (Nawiasem mówiąc, na Bon Jovi też
wszystkie wrzucone na scenę flagi znikały zeń z prędkością światła, opcjonalnie
były odrzucane w tłum. Czy w takim razie Scorpions jest jedyną kapelą, która
bierze dosłownie wszystkie flagi, transparenty, czy choćby szaliki w barwach
narodowych i nie utylizuje ich po kilku minutach? :D)

Stadion zaczął się wyludniać, ja zostałam capnięta przez
Marysię i Piotrka, którzy na rybnicki stadion dotarli sporo po mnie, bo gdzieś
w okolicach 19:00 – 20:00, skutkiem czego nie udało nam
się spotkać wcześniej. Po zarzuceniu okolicznościowych misiów pożegnałam się z
towarzyszkami koncertowych szaleństw i podreptaliśmy do samochodu. Swego czasu
świtała mi jeszcze myśl o wydłużeniu wycieczki mi zahaczeniu o Katowice (w
celu, który łatwo przewidzieć :D), ale ostatecznie pomysł upadł – byliśmy za
bardzo styrani, a przede wszystkim, zanim wydostaliśmy się z Rybnika „na
szeroką” (i to jeszcze dosyć daleko od Kato), minęło jakieś… ja wiem, 40 minut?
W każdym razie niespecjalnie mielibyśmy czego tam szukać. Ale i bez tego wieczór był cudowny, a koncert wart
każdej minuty spędzonej na oczekiwaniu, każdej złotówki wydanej na bilet i
każdej pochłoniętej tabletki na bolące kolana.

Co lepsze – obie z Marysią miałyśmy następnego dnia egzaminy
- i nie wiem, jak ona, ale ja swój zdałam na 4, co było o tyle dziwne, że od
czasu wymęczonego zaliczenia nie powąchałam nawet skryptu, a w sam „dzień zero”
koncentrowałam się głównie na tym, żeby nie zasnąć nad kartką. O.o Cóż, cuda
się zdarzają… Aktualnie odliczam dni do „Tour de Południe” (znaczy, mam
nadzieję, że żadna siła fatalna mi tych planów nie zniweczy), z jednym z
przystanków w Tarnowie. (Nawiasem mówiąc, liczba dni do koncertu jest
niebezpiecznie bliska jednocyfrowej, a ja w dalszym ciągu nie mam tak flagi,
jak i pomysłu na nią O.o) A potem – wakacje, które w założeniu mają być brakiem
wakacji; wyniki rekrutacji (oby pozytywne, bo w przeciwnym wypadku znajdę się w
czarnej d…, odpuściwszy jeden egzamin, i mając w plecy nieszczęsne prawo
ochrony środowiska, do którego naprawdę wolałabym nie podchodzić, bo już nawet
zakładając, że ktoś mnie wepchnie do gabinetu profesora, to wyprowadzą mnie
stamtąd albo policjanci, albo sanitariusze *-*), i może jakieś większego
kalibru zmiany… Ale tu – pożyjemy, zobaczymy. Na razie – trzymajcie kciuki i
do następnego. ;)




A szafa gra:
praktycznie wszystko, począwszy od wzmiankowanego Bryana Adamsa i Scorpions,
przez Metalindę, The Eagles i „korzenie” w stylu Bon Jovi i Ryśka Sambory.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wyjątkowo… dziwny maj.

20 maj

Ech.

Naprawdę chciałabym utrzymać tą nutkę optymizmu, jaka
pojawiła się w poprzedniej notce, ale mam wrażenie, że definitywnie nie jest mi
to dane. Worek, puszka czy inny pojemnik zawierający wszelkie uroki i
nieszczęścia chyba rozwiązał się na dobre, a ja zastanawiam się, czy posiada
dno i jak jeszcze do niego daleko.

Dzień po opublikowaniu radosnej relacji pobratysławskiej
dowiedziałam się, że może nawet gdzieś w momencie wklepywnia ostatnich jej
znaków, odszedł z tego świata mój bytujący w Australii Wujek, brat Ojca. Jakie
nastroje zapanowały tu, zapewne swobodnie się domyślacie, w każdym razie mnie
osobiście nieunikniony wyjazd zaczął przerażać jeszcze bardziej, bo do ogólnej
nieufności do wszystkiego co nie trzyma się ziemi, doszło jeszcze pytanie, jak
Protoplasta zniesie ewentualną wyprawę do Sydney – teraz już tylko na groby
braci. I stan przerażenia niestety trwa do teraz, albowiem w międzyczasie udało
mi się dowiedzieć, że sprawy u Siostry nie zachowały się tak jak miały i nie
poukładały jak powinny, czytaj – z jednego, polskiego bagna Protoplasta ładuje
się prosto w drugie, australijskie – kto wie, czy nie gorsze. W tym momencie
nasuwa się pytanie, czy nie byłoby lepiej, gdyby jednak został, ale z drugiej
strony… Znów usłyszałam to i owo o „robieniu
z tym wszystkim porządku po powrocie”
i jestem przerażona, najzwyczajniej w
świecie. Przed oczyma znowu stają mi nieszczęsne i niesławne wakacje 2009,
stres i strach – i na samo wspomnienie mam ochotę usiąść i płakać, albo wyjść
bez słowa i uciec jak najdalej.

Czyli jednak. Plus-minus trzy miesiące na znalezienie pracy
i przynajmniej zabezpieczenie sobie jakiegoś miejsca, gdzie można by uciec „w
razie czego”. A najlepiej – znalezienie jakiegoś mieszkania na stałe. Nie mam
pojęcia, co wyjdzie ostatecznie z planów robionych jeszcze w marcu/kwietniu, bo
zdają się lekko chwiać, ale w ostateczności chyba pójdę „na żywioł” i byle
dalej, byle tylko była praca. A studia… Administracja kopnie mnie chyba dalej
niż widzi, zawalam kolokwium za kolokwium, paląc nawet pytania, na które
teoretycznie powinnam odpowiedzieć i „na już” wisi nade mną widmo
niedopuszczenia do egzaminu z dwóch przedmiotów. Dobrze, że mam chociaż pomysł
na alternatywę, bo inaczej byłoby naprawdę kiepsko – a przynajmniej to, co
jest, znosiłabym jeszcze gorzej (o ile to w ogóle możliwe).

Co jeszcze? W ramach panoszących się po Polsce juwenaliów
wszelkiej maści zaliczyłam kolejny koncert IRY – i tak, jak jestem wręcz
wniebowzięta z racji pojawienia się w setliście takich kawałków jak „Jestem
obcy”, „Zostań tu” czy „Deszcz”, tudzież powrotu „Nie zatrzymam się”, tak moja
opinia o studentach AWF-u poleciała w dół o dobre kilkadziesiąt punktów z racji
bydła, jakie zrobili. Wku*wiony Artur zszedł ze sceny, nie dokończywszy nawet
bisu – ale jakoś nikogo to nie zdziwiło po tym, jak na scenę poleciała jakaś
niezidentyfikowana piana czy kask… :/ Żal, żal tyłek ściska. Poza tym, jak na
zbawienie czekam na 13 czerwca – a znalezione ostatnio wykonanie na żywo
„Summer of 69”
jeszcze zaostrza apetyt na ten koncert. Iluśtysięczny tłum śpiewający nie tyle
razem z wokalistą, co wręcz za niego, powoduje dreszcze – a perspektywa bycia
częścią takiego tłumu (ja mam nadzieję, że polscy fani się spiszą!) jest wręcz
bezcenna. No i dodatkowo, w ramach prezentu na dzień dziecka/urodziny/cokolwiek
dostałam bilet na Scorpions, więc 1 lipca obieram azymut na Tarnów. Wprawdzie
na razie cała eskapada nie ma jeszcze rąk i nóg (bowiem w ogólnym zarysie nosi
znamiona Eurotripu – jak dobrze pójdzie, „po drodze” zahaczę o Koszyce i
Kraków) i jedyne, co w niej pewne to bilet do Tarnowa właśnie, ale mam
nadzieję, że w najbliższym czasie wszystko się jakoś wyklaruje.

To by było na tyle. Wiem, że jeszcze powinnam zaserwować
jakąś zgrabną puentę, ale nie mam na nią pomysłu. Przyjmijmy więc nowatorską
koncepcję (po raz pierwszy upublicznioną na ostatnim angielskim, kiedy to nasz
kochany Spaniel żeby zająć czymś grupę ni z tego ni z owego zażądał od nas
napisania recenzji, a ja przez pół godziny zżymałam się na ograniczenie
katalogu przedmiotów recenzowanych do filmów i książek, bo ostatnio coś
sensownego czytałam/oglądałam kawał czasu temu), że brak zakończenia to też
zakończenie – i tym samym, arrivederci.


 


A szafa gra: dużo
różnych rzeczy, ale na szczególną uwagę zasługuje chyba ponowne odkrycie REO
Speedwagon.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

‚Slovensko, Slovensko…’ – czyli rzecz o pomysłach dziwnych i zupełnie porąbanych.

03 maj

Ahoj. Ostatnio
przez łamy tego bloga przetoczyła się fala narzekań, o dość imponujących
gabarytach, czas więc najwyższy na małą odmianę. Tym razem będzie, cni
Czytacze, o jednym z moich pomysłów wyjazdowych. Pomysły te z reguły dzielą się
na zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach i zupełnie wariackie, które i tak
koniec końców jakoś wychodzą. (No dobra, kiedyś był też pomysł z kategorii
„gdyby głupota miała skrzydła”, ale to już było tak do szczętu kretyńskie, że z
powodzeniem zastosowałam mechanizm wyparcia, za to Macierz z lubością mi tę
eskapadę wypomina.) Pomysł najświeższy zdecydowanie należał do kategorii
wariackich, a zaczęło się od zaproszenia na urodziny…

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że zaprosiła
mnie Martinka, a cała impreza miała mieć miejsce w Bratysławie – czyli było nie
było, prawie 400 km
stąd. Ale no, raz, że weekend majowy, więc czas jest; dwa – może i pozwiedzam
przy okazji; trzy – Bóg jeden wie, ile będziemy mieć jeszcze okazji, żeby się
zobaczyć – stwierdziłam, że jak tylko będą środki finansowe, to jadę.
Zaplanowałam sobie nawet wstępnie całą kilkudniową eskapadę, połączoną ze
zwiedzaniem… a tu zonk. Bowiem okazało się, że od końca kwietnia do połowy maja
 w Bratysławie i Koszycach odbywają się
Mistrzostwa Świata w hokeju na lodzie (w maju, ku*wa?!), a co za tym idzie -
wszystkie miejsca noclegowe są zajęte, a niedobitki mają koszmarne ceny (w
stylu 30€ za łóżko w pokoju ośmiosobowym). Dodając do tego cenę bezpośredniego
pociągu – cała wycieczka przez chwilę zachwiała się w posadach. Ostatecznie z
kilkudniowego pobytu zrobiła się wersja zaiste studencka – jadę w sobotę,
wyruszając o 4:00 rano z Katowic, przez Zwardoń, Čadcę i
Žilinę (do której kiedyś był bezpośredni pociąg i na Boga, nie wiem, komu
przeszkadzał, że go wyrżnęli z rozkładu), ląduję w Bratysławie o jakiejś 12:00, zwiedzam ile wlezie,
imprezuję, śpię u koleżanki Martinki (nawiasem mówiąc, też Martiny), po czym w
niedzielę wracam tą samą drogą i przynajmniej równie długo. Cóż, nigdy nie
mówiłam, że jestem normalna… :D

Początkowo strasznie się na tę eskapadę cieszyłam, ale im
bliżej wyjazdu, tym bardziej zaczęły wychodzić na światło dzienne moje
wszystkie fobie, tak te, o których wiedziałam doskonale, jak takie, których u
siebie nie podejrzewałam. Finalnie, przed samą godziną zero powtarzałam jak
mantrę, że pokona mnie ten dojazd z czterema przesiadkami, zgubię się, nie dam
sobie rady; ponadto krańcowo przerażała mnie konieczność poznania większej
grupy nowych ludzi i fakt, że poza jubilatką i jej +1 nie znam absolutnie
nikogo (Martinka wprawdzie kilkakrotnie pisała mi, że mogę wziąć kogo tylko
zechcę, ale no… znajdźcie mi osobę, która poszłaby na taką eskapadę. xD) – i w
ogóle to pie*dolę i nigdzie nie jadę. W nocy z piątku na sobotę spałam może ze
3 godziny w porywach, przez resztę czasu przewracając się w pościeli jak
rolmops po talerzu, płacząc z nerwów i obiecując sobie, że nigdy, ku*wa,
więcej. Po czym chcąc nie chcąc, stoczyłam się z łóżka o 2:00, wyszykowałam, w ostatniej chwili
przepakowałam, zamieniając torbę na plecak, i ruszyłam.

Pociąg do Zwardonia był zaskakująco pełny – turyści stadnie
i gromadnie targali na majówkę w Beskidy, objuczeni niczym dromadery na
pustyni. Ulokowałam się w wagonie i przez całe trzy godziny usiłowałam załapać
trochę snu, co jednak zupełnie mi się nie udało. Obserwowałam więc krajobraz
zaokienny i różne okazy fauny, na czele z ideologicznymi bażantami i zającami.
xD Po siódmej wytoczyłam się na peronie w Zwardoniu i przyjęłam pozycję
wyczekującą, byle dalej od grupy, która również tłukła się z Katowic, ale
bynajmniej nie marnowała czasu i wysiadła już bardzo, prawda, zaprawiona. Darli
się ci kretyni jak stado makaków na sawannie, a ja tylko modliłam się w duchu,
żebym nie musiała z nimi podróżować za długo, bo krew mnie zaleje. Wzrost
ciśnienia i tak nastąpił po krótkiej chwili, albowiem z wychrypianego przez
megafon komunikatu zrozumiałam, że pociąg do Čadcy jest odwołany. Po
zasięgnięciu dalszych informacji okazało się, że zostanie podstawiony zastępczy
autobus, aczkolwiek stanie się to jakieś 20 minut później, niż planowany odjazd
pociągu. Tak więc z jednej strony sytuacja była uratowana, ale z drugiej
wyglądało na to, że cały plan podróży diabli mi wezmą i w Bratysławie będę przynajmniej
dwie godziny później. No ale ostatecznie lepsze to, niż utkwić w Čadcy… Autobus
w końcu podjechał, niestety razem ze mną wtarabaniła się do niego grupa
narąbanych półgłówków (że też ich kierowca nie wyrzucił…). Wylądowaliśmy w
końcu u celu, bez większej nadziei kupiłam bilet na najbliższy vlak do Žiliny, który w sumie był wcale
szybko (co mnie zaskoczyło), umiejscowiłam się weń – i gdy okazało się, że
półgłówki również zmierzają w tym samym kierunku, bez wahania wybrałam inny
wagon.

Rodacy zachowywali się na tyle ostentacyjnie, że nie uszło
to uwadze grupki siedzącej tuż za mną – a że ci również odezwali się
najczystszą polszczyzną powątpiewając, że o tej porze (była gdzieś tak 8:30)
można już być tak narąbanym, poświadczyłam, że owszem, można, jak się pije od
czwartej. xD A potem wzięłam się za rozbebeszenie plecaka w celu wykopania
rozpiski trasy i przekonania się, ile właściwie jestem spóźniona. Okazało się,
że czasoprzestrzeń uległa jakiemuś dziwnemu zakrzywieniu i siedzę dokładnie w
tym pociągu, w którym miałam siedzieć, żeby być w stolicy w południe. Także było dobrze. W drodze odliczyłam
sobie odpowiednią kwotę na kolejny bilet, i przez żyliński dworzec przemknęłam
niczym rakieta – dopadłam okienka, poprosiłam o listek do Bratislavy, porwałam go nieomalże w zęby i ruszyłam za
tłumem na peron. Traf chciał, że przed sobą miałam osobnika z ekipy siedzącej
za mną w poprzednim pociągu, a po chwili ujrzałam też jego charakterystyczną
towarzyszkę, toteż w tym szalonym pędzie rzuciłam pytanie, czy oni się czasem
do Bratysławy nie wybierają. Okazało się, że jadą tylko do Trenczyna, ale że to
tak czy siak ten sam pociąg, zapytałam, czy mogę się do tego Trenczyna z nimi
stowarzyszyć. Nikt nie wyraził sprzeciwu, toteż po wturlaniu się do wagonu zaczęło
się szukanie miejsc. Grupa liczyła sztuk pięć, plus ja na doczepkę, ale
wyglądało na to, że w pociągu jadącym z drugiego końca Słowacji znalezienie
nawet pięciu miejsc byłoby niemożliwe. Zatrzymaliśmy się przed przedziałem zajmowanym
przez jakąś babkę i nieprzyzwoitą ilość bagaży, jeden z kolegów został
wypuszczony na zwiad, po czym wrócił, stwierdzając, że w dalszej części pociągu
miejsc też niet i trzeba by się rozlokować na dwa przedziały, chyba, że może
dałoby się tu…? I w tym momencie nastąpiła lekka konsternacja pod tytułem „jak
wyartykułować pytanie o wolne miejsca?”, na co otworzyłam drzwi i wyrzuciłam z
siebie odpowiednie zdanie. Dama o gabarytach wieloryba, siedząca w przedziale,
wybałuszyła jeszcze bardziej rybie oczy, zaczęła coś z zacięciem liczyć, po
czym pokazała nam cztery palce, co miało oznaczać cztery wolne miejsca. Rozlokowaliśmy
się tam (dwóch chłopaków wylądowało w przedziale obok), po chwili przyszła
właścicielka części porozrzucanego dobytku, spojrzała na nas jakbyśmy jej do
kieszeni napluli i zaczęła szwargotać z towarzyszką – po czym okazało się, że
obie są Niemkami. xD (Duch mój zwinął się w trąbkę ze śmiechu, bowiem pierwsza
myśl, jaka mi przyszła do głowy, to że Dama-wieloryb jest po prostu niemową… Nie
pytajcie, skąd mi się to wzięło, sama nie wiem. O.o) Droga do Trenczyna
upłynęła nam na wesołych pogaduszkach o koncertach, niedźwiedziach i sama nie
wiem, czym jeszcze, a dalsze kilometry przesiedziałam ze słuchawkami na uszach,
pokładając się to na plecaku, to na szybie.

W Bratysławie wylądowałam planowo, parę minut po dwunastej.
Szybko zlustrowałam dworzec i ruszyłam na miasto, przede wszystkim w
poszukiwaniu automatów z biletami komunikacji miejskiej – nauczona
doświadczeniem war(w)szawskim, że nie wszystko blisko, co się blisko wydaje, wolałam
mieć w zapasie jakiś bilet – w ostateczności i tak zużyłabym go następnego dnia
rano. Wyszłam z dworca i
zamarłam. Usłyszałam bowiem dzikie ryki, dochodzące nie wiadomo skąd, a do
pełni przerażenia brakowało jeszcze tylko trzęsącej się ziemi. Szybko okazało
się, że sprawcami efektów akustycznych byli kibice czeskiej drużyny hokejowej,
zapewne cieszący się ze zwycięstwa, a na pewno wrzeszczący, że Česi majstry! Szczęśliwie przepełzli
przez rejon dworca dość szybko, ja nabyłam upragniony bilet i ruszyłam na
starówkę. Zapobiegliwie pożyczony od ojca plan miasta leżał w plecaku – i nie
miałam jakiejś szczególnej potrzeby wyjmowania go, bo układ ulic mniej-więcej
pamiętałam, a droga była opisana w sposób idiotoodporny. Maszerowałam więc
sobie raźno (a humor znacznie poprawił mi się po tym, jak już tą całą
komunikacyjną kołomyję miałam za sobą), i po dłuższej chwili ujrzałam otwartą
bramę. Stwierdziłam, że pojęcia nie mam, co to, ale skoro wszyscy wchodzą, to
ja też – i tak znalazłam się w ogrodach Pałacu Prezydenckiego (o czym
dowiedziałam się później). Miejsce zaiste urokliwe, ale cyknęłam tylko kilka
pamiątkowych zdjęć i szybko obeszłam teren, bowiem w tym samym momencie miały
tam robione zdjęcia ze trzy młode pary. xD Opuściłam ogród, przeszłam jeszcze
kawałek, zobaczyłam Pałac Prezydencki (znaczy się, że to jest to, dowiedziałam
się po chwili, bo tym razem pojechałam bez jakiegokolwiek przygotowania
merytorycznego – miałam w pamięci umiejscowienie czterech, powiedzmy, pominików
[look tu
dla bogatszej informacji], i stwierdziłam, że co do reszty, to idę na żywioł).
A przed pałacem stał plastikowy hokeista, wielkości ponadnaturalnej. Rozbawiło
mnie to do tego stopnia, że uwieczniłam – ale jak się później przekonałam,
takie figury stały na każdym prawie skrzyżowaniu, więc po mniej więcej piątej
przestałam zwracać nań uwagę. xD Kawałek dalej był zestaw płytek, które
wydawały dźwięki przy chodzeniu po nich, kolejny ponadwymiarowy hokeista – a
potem to już tylko stare miasto.

Weszłam w jakąś urokliwą uliczkę (nie, nie mam pojęcia w
jaką i nawet nie próbuję tego odtworzyć na planie), wydałam z siebie „wow” i
biedny aparat zaczął pracować ze zdwojoną siłą. Żeby jakoś to podsumować… Hm.
Najłatwiej mi to zrobić, porównując starówkę bratysławską z praską. Toteż primo
- jest nieporównywalnie mniejsza, secundo – mniej… hm, przytłaczająca chyba będzie
tu dobrym słowem. Żeby nie było – w Pradze jestem zakochana na amen i
beznadziejnie, i żeby ją przebić w moim rankingu najpiękniejszych i najbardziej
klimatycznych miast, trzeba naprawdę dużo. Ale jak się tak chodzi między tymi
monumentalnymi budowlami, to człowiek się czuje jak mróweczka. A w Bratysławie
to trochę tak, jakbym chodziła po Krakowie. Ale co jest tam najbardziej
interesujące – wystarczy wyjść poza te kilka najbardziej uczęszczanych uliczek
(albo po prostu się pogubić… :D), żeby trafić na ulicę zupełnie pustą, wręcz
zdewastowaną (okna z wybitymi szybami, lub zabite deskami), o której
przynależności do starego miasta świadczą tylko charakterystyczne lampy. Po
przejściu tą ulicą kilkuset metrów i dojściu do pierwszej poprzecznej, widzi
się obrazek jeszcze lepszy – owa poprzeczna do połowy stanowi taki sam obraz
nędzy i rozpaczy, od połowy jest natomiast wychuchana i odnowiona, bowiem
dochodzi do którejś z tych ulic bardziej uczęszczanych. Miasto kontrastów, jak
nic. I druga rzecz, która mnie definitywnie urzekła – graffiti. W sensie ja
wiem, że wszędzie bazgrze się po murach i trafiają się rzeczy brzydsze lub
ładniejsze, ale tam te „bazgroły” są jakieś wyjątkowo urokliwe i zmuszające do
uśmiechu, a czasem i nawet do myślenia – skutkiem czego sporo mam zdjęć murów.
Wzmiankowane pomniki również znalazłam – na Čumila trafiłam zupełnym
przypadkiem, Piękny Ignac stoi praktycznie naprzeciwko, natomiast Paparazzi i
żołnierza napoleońskiego naszukałam się jak durna, z czego koło tego ostatniego
przechodziłam z pięć razy, jak się okazało. xD Do tego, w całym mieście trwała
jakaś niesamowita, wielka fiesta z hokejem w tle. Tłumy kibiców poubieranych w
narodowe koszulki (przewaga Czechów, Słowaków i Łotyszy), do tego przynajmniej
trzy sceny na stosunkowo krótkim odcinku – przynajmniej trzy, bo nie wiem, czy
tyle nie było na samym Hviezdoslavovo namiesite (w pewnym momencie zaczęło mi
się to mnożyć w oczach xD), do tego jedna kawałek dalej, na tym placu, co
pomnik żołnierza napoleońskiego. (A jeszcze gdzieś między tym
człowiek-orkiestra, grający standardy w rodzaju „El Condor Pasa”.) Muzyka,
występy różnych artystów, pokazy sztuk różnych… no święto, święto, jedna
wielka, kolorowa fiesta. :)

Korzystając z okazji zawinęłam również na zamek (i bardzo
zaintrygował mnie tunel pod zamkowym wzgórzem, z którego wychodziły tory
tramwajowe, z równoczesnym zakazem tak wjazdu samochodów, jak i ruchu pieszych.
Nie mam bladego pojęcia, która linia tam jeździ, ale jakbym kiedyś jeszcze była
w Bratysławie, to najpierw zaczaję się na ten tramwaj z aparatem, a potem koniecznie
nim przejadę xD).Zamek uroczy, ale kurtka na wacie, wyżej nie dało się go
umieścić? Najpierw dwa naprawdę strome podejścia, a potem schody. Schody,
schody, schody, których było w przybliżeniu milion pięćset sto dziewięćset, i
jak w końcu wdrapałam się na samą górę, zastanawiałam się, kiedy znajdę w
skrzynce pozew rozwodowy od łydek. Porozglądałam się, uwieczniłam kilka
widoczków z lotu ptaka na Dunaj, po czym skonstatowawszy, że po mojej prawicy
wisi nieprzyjemna czarna chmura, a do tego pizga jak na Uralu – i to nie
wiadomo, czy z racji wysokości, bliskości wody, czy zbliżającego się załamania
pogody – odtrąbiłam wsiadanego i udałam się z powrotem „na niziny”. Zrobiłam
jeszcze jedną rundkę po starówce, zadośćuczyniłam opustoszałemu żołądkowi,
wdrapałam się jeszcze na nowy most na Dunaju, obejrzałam wystawione tam
zdjęcia, zrobiłam kilka ostatnich panoramek, po czym stwierdziłam, że ten most
zdecydowanie za bardzo „chodzi” jak na moje standardy i jednak oddalam się
gwałtownie na stały ląd. Zresztą, zbliżał się czas stawienia się w punkcie
zbornym i wyruszenia na właściwą imprezę… xD

Niektóre imprezy mają to do siebie, że nie da się ich opisać,
tam trzeba po prostu być – i
urodziny Martinki niewątpliwie do tej kategorii należą. Było dużo uciechy,
grania, śpiewania i zwijania się w kłębki ze śmiechu, a ludzie, którzy się na
nas natykali, chyba dawno z taką ekipą wariatów nie mieli styczności – że
wymienię choćby śpiewanie Poison i Motleyów w taksówce, z akompaniamentem
gitary (żywej, prawdziwej!), jak i regularny koncert w restauracji; toasty
wznoszone na modłę przyśpiewek kibiców hokeja („Slovensko, Slovensko, heja, heja, heja Slovensko!”), tudzież w
trzech językach. (Jeśli chodzi o język to była w ogóle piękna sprawa, bo
ostatecznie porozumiewałam się przeważnie po słowacku – nie, żebym w ogóle tego
języka nie znała, poza kilkoma zwrotami… :D) A toastów było sporo, albowiem
alkohol płynął niczym Dunaj (okazja była podwójna – raz, że urodziny, a dwa -
uzyskanie przez jubilatkę tytułu lekarza weterynarii :) ) i szczęśliwa jestem,
że napoje wyskokowe przyjmuję w ilościach ograniczonych, bo następnego dnia
miałabym kaca jak stąd do Budapesztu przez Wiedeń. *-* Generalnie – ubaw był
przedni, a co lepsze, skończył się w Harleyu. Tak, dobrze myślicie, klub o tej
zacnej nazwie mieścił się tuż obok bratysławskiego salonu marki, ja widząc
nagromadzenie maszyn miałam minę jak dziecko wpuszczone do największego sklepu
z zabawkami w okolicy, towarzystwo skręcało się ze śmiechu, a sama knajpa w
środku wyglądała jak z amerykańskich filmów, dziękuję. *-* (Nawiasem mówiąc,
hasło o amerykańskich filmach też było jednym z tekstów imprezy.) Jednakowoż
tak późna (czy tam wczesna, nie mam pojęcia jak kto rozpatruje 3:00 nad ranem) pora i ilość
procentów zrobiły swoje, towarzystwo zaczęło się powoli rozpełzać, tak w końcu
i ja umiejscowiłam się w taksówce wraz z Martiną i jej mężem, i ruszyłam na
bliżej mi nieznany koniec Bratysławy.

U Martiny powitał mnie cały zwierzyniec, z czego hitem było
prosiątko – żywe, prawdziwe, łaciate a do tego tresowane jak pies, o czym
przekonałam się rano.
Jednakowoż po przyjściu solidarnie polegliśmy na parę godzin – moją gospodynię
i tak świtem bladym budziło zoo, ja natomiast jedyny akceptowalny pociąg miałam
przed 10:00 rano. Jakimś dziwnym trafem obudziłam
się przed nastawionym na 8:00
budzikiem (na wszelkich wyjazdach zawsze
budzę się pierwsza, pewnie dlatego, że moje budziki są w stanie postawić na
nogi pół bloku i wolałabym nie skazywać nikogo na słuchanie ich dłużej niż 10
sekund – szkoda, że w domu to tak dobrze nie działa… xD) i byłam nawet
przytomna, wyszykowałam się, obejrzałam kilka prosięcych sztuczek, po czym
zostałam odprowadzona na przystanek, na oko osiemnaście razy usłyszałam, że mam
jechać do samego końca trasy (czy ja mam zdolności do gubienia się wypisane na
twarzy? :D), po czym zostałam wsadzona w autobus. Wylądowałam na hlavnej stanice, kupiłam bilet i
przygotowałam się mentalnie na kolejne 8+ godzin w drodze. Początkowo miałam
wracać przez Ostravę, skąd miał zgarnąć mnie Ojciec, ale okazało się, że bilet
do Ostrawy jest dwa razy droższy niż do Zwardonia, więc wracam tą samą drogą.
Szczęściem Protoplasta litościwie zaproponował, że do nieszczęsnego Zwardonia
przyjedzie – i było to dobre rozwiązanie, nie tylko ze względu na to, że
zaoszczędziło mi w przybliżeniu czterech godzin drogi. O ile w tamtą stronę
jeszcze się jakoś trzymałam mimo że spałam dwie-trzy godziny, o tyle droga do
Polski po przespaniu nieco większej ilości czasu była walką o to, żeby nie
umrzeć. xD Plus, nie wiem, czy w pierwszej części drogi nie włączył mi się
lekki kac, za to na pewno z każdą przesiedzianą minutą uaktywniały mi się
zakwasy. O.o Wytoczyłam się w Žilinie, skonstatowałam, że do następnego pociągu
mam +30 minut, wobec czego stwierdziłam, że zaryzykuję jakiś obiad. Było to
posunięcie zaiste dobre – wprawdzie wolę nie wiedzieć, czemu te nieszczęsne hranolky były tak paskudne, ani co
znajdowało się w surówce – ale kuřecí
řízek
wprost rozpływał się w ustach, i jak jeszcze kiedyś będę miała okazję
się na tej stacji przesiadać, to koniecznie z popasem. xD

Przedostatni odcinek trasy spędziłam również na wpół śpiąc,
i wzbudziłam szczere zdziwienie konduktorki, jadąc od pierwszej do ostatniej
stacji – ostatnia osoba opuściła vlak
jakieś trzy stacje przed Polską. xD Wytoczyłam się z wagonu, przeturlałam do
samochodu, i wprawdzie połowę drogi do Zabrza zajęło mi pobieżne relacjonowanie
minionych, plus minus 36 godzin, ale potem oficjalnie już padłam i
stwierdziłam, że jestem dętka. Jednakowoż podsumowując – mimo że podróż mnie
wyczerpała, a stres przedwyjazdowy prawie wykończył – zdecydowanie warto było.
Warto, tak dla odwiedzenia kolejnego miejsca (do którego sama z siebie pewnie
bym nie pojechała, bo zawsze znalazłoby się coś lepszego do roboty), jak przede
wszystkim dla spędzenia fajnego czasu z rzadko oglądanymi bliskimi duszami. :)
(Nawiasem mówiąc, kilka razy padło stwierdzenie, że ja przyjechałam z Polski, a
niektórym to z innych dzielnic Bratysławy było „za daleko” xD)

No. I tym optymistycznym akcentem zakończę. Ciężki miesiąc
przede mną, a ponadto nie jestem pewna, czy nie mam jutro kolokwium (wypadałoby
chyba zacząć to zapisywać… *-*) Ale no, nie psuję pierwszej od dłuższego czasu
względnie optymistycznej notki większą ilością narzekań, tak więc čau! ;)

 

 

PS. Nigdzie w treści notki nie udało mi się tego wcisnąć,
ale no – Owieczko, zawieszka od
Ciebie robi furorę, gdzie tylko się nie pojawię. ;D



A szafa gra: „Absolute
Soft Rock Classic” tudzież „Old School of Rock”, ze szczególnym naciskiem na to pierwszy składak. No i jakoś tak w drodze powrotnej często przewijało mi się „Crazy
Night” Danger Danger… :D

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS